Rozczarowanie czy naturalna kolej rzeczy – jak ocenić sezon Brighton?

Przed ostatnią kolejką Premier League wiemy już, że Brighton nie zakończy sezonu wyżej niż na 10. miejscu. Względem przedsezonowych przewidywań jest to wynik poniżej oczekiwań. Jeszcze rok temu zachwycali wszystkich swoją grą i mieli ogromną siłę przyciągania przed telewizory neutralnych kibiców, którzy chcieli śledzić grę oraz rozwój zespołu Roberto De Zerbiego. Obecnie wydaje się jakby klub w tym progresie nie tyle się zatrzymał, co wręcz zrobił kilka kroków wstecz.

Od Brighton oczekiwano

Mewy przystępowały do tego sezonu mierząc się z dość dużymi oczekiwaniami po bardzo dobrym poprzednim sezonie. Roberto De Zerbi wprowadził styl gry, dzięki któremu mógł rzucić rękawicę najlepszym zespołom ligi, a także rozwinął wielu zawodników. Pech jednak chciał, że ten rozwój przyczynił się do ich odejścia. Klub stracił dwóch podstawowych środkowych pomocników w osobach Alexisa Mac Allistera oraz Moisesa Caicedo, a środkowy obrońca Levi Colwill – mimo starań Brighton, aby pozyskać go na stałe – po zakończeniu wypożyczenia wrócił do Chelsea. Włodarze z The Amex mieli już przygotowanych następców, ruszyli także na rynek wyciągając kilku perspektywicznych graczy, ale takie ubytki musiały zespół kosztować. Ponadto Brighton po raz pierwszy w swojej historii wywalczyło awans do europejskich pucharów (konkretnie Ligi Europy), co oznaczało niespotykaną dotąd konieczność gry dwóch meczów w wielu tygodniach jesienią.

REKLAMA

Z tej perspektywy gorszą pozycję w tabeli, spadek w liczbie punktów w porównaniu z poprzednim sezonem o ponad 10 „oczek” da się racjonalnie wytłumaczyć. Dla Brighton obecne rozgrywki były zderzeniem z rzeczywistością. Gdy już mogło wydawać się, że są w stanie doszusować do czołówki i zacząć ugruntowywać sobie pozycję na miejscach okołopucharowych Premier League szybko przypomniała, że aspekt finansowy w futbolu również jest bardzo ważny i niektórych rzeczy bez większych środków nie da się przeskoczyć. A Brighton to ciągle bardzo skromny klub jak na angielskie realia. Według portalu Capology są czternastą drużyną w lidzę pod względem wysokości płac dla piłkarzy, a – jak zostało udowodnione w wielu analizach – to element, który ma bardzo silną korelację z wynikami osiąganymi przez kluby. Po sezonie, w którym Brighton przeskoczyło trzy stopnie naraz teraz spadli jeden schodek niżej. Prześledźmy jak do tego doszło.

Obiecujący początek

Początek sezonu nie wskazywał na trudności z jakimi przyjdzie mierzyć się zespołowi Roberto De Zerbiego. W pierwszych 7 meczach Mewy zanotowały 5 zwycięstw i utrzymywały się w czołówce ligi. Wprawdzie zanotowali dotkliwe porażki, jak 1:3 z West Hamem i 1:6 z Aston Villą, które były niejako deja vu z końcówki poprzedniego sezonu i uwidaczniały mankamenty oraz naiwność w grze Brighton, natomiast częściej styl gry drużyny przynosił korzyści w postaci efektownych zwycięstw. Po siódmej kolejce Mewy miały najwięcej strzelonych goli w Premier League, a ich współczynnik goli oczekiwanych (xG) był trzeci najwyższy. W pamięci kibiców zaczynały utrwalać się nowe nazwiska podopiecznych De Zerbiego, którzy bez respektu dla rywali wchodzili na największą scenę – Jan-Paul van Hecke, Billy Gilmour czy Simon Adingra.

Brighton zaczęło obiecująco zapowiadając swoją postawą na boisku równorzędną walkę w Premier League oraz Lidze Europy. W europejskich rozgrywkach udało im się wygrać grupę z Marsylią, Ajaxem i AEK-iem, co trzeba uznać za sukces, natomiast w Premier League zaczęli gubić punkty. W ostatnim kwartale roku wygrali tylko trzy razy i 2024 rok rozpoczęli na 8. miejscu w tabeli, ciągle z realną i całkiem dużą szansą na ponowną kwalifikację do europejskich pucharów. Zespół Roberto De Zerbiego już wtedy miał swoje problemy i zdarzały im się spotkania, w których gdyby nie kolor koszulek to nie poznalibyśmy ich na boisku, natomiast dotrzymywali tempa peletonowi, który ścigał się o miejsca w czołowej siódemce ligi.

Kontuzje

Rok 2024 jest dla Brighton bardzo nieudany. Od tego momentu regres zaczął się nasilać, a jednej z głównych przyczyn musimy upatrywać w liczbie kontuzji, z jaką musieli zmagać się na The Amex:

  • Kaoru Mitoma – najpierw kontuzja, potem wyjazd z reprezentacją Japonii na Puchar Azji, a następnie znowu złapał uraz. W 2024 roku zagrał tylko dwa mecze.
  • Solly March – kontuzjowany od końca października. Zagrał tylko 7 meczów w tym sezonie.
  • Pervis Estupinan – po znakomitym początku sezonu wypadł z gry pod koniec września i wrócił do zdrowia końcem grudnia, jednak ciągle nie potrafi nawiązać do formy sprzed urazu. Od końcówki kwietnia znowu nie gra i w tym sezonie nie pojawi się już na boisku.
  • Julio Enciso – kontuzjowany od końca sierpnia do połowy lutego.
  • Evan Ferguson – nieobecny z powodu urazu stawu skokowego od początku kwietnia, w tym sezonie już nie zagra.
  • Billy Gilmour – opuścił 7 ligowych meczów od początku marca do końca kwietnia.
  • Danny Welbeck – opuścił 7 ligowych meczów przez uraz od końcówki października do początku grudnia.
  • Adam Webster – opuścił 7 ligowych meczów przez kontuzję na przełomie listopada i grudnia.
  • Joel Veltman – opuścił 6 ligowych meczów przez kontuzję na przełomie listopada i grudnia.

Wymieniliśmy tylko zawodników, którzy w poprzednim sezonie odgrywali conajmniej dość ważne role u Roberto De Zerbiego, a trzeba pamiętać, że nowe twarze w ekipie, jak Joao Pedro, Simon Adingra, czy 19-letni Jack Hinshelwood również nie byli dostępni przez cały czas. Jedynymi piłkarzami, którzy w poprzednim sezonie grali regularnie i na których w obecnych rozgrywkach włoski trener mógł liczyć zawsze byli Pascal Gross i Lewis Dunk.

W 2024 roku, w porównaniu do poprzedniej wiosny, Brighton jest więc mocno osłabione

Roberto De Zerbi musi sobie radzić bez kluczowego środkowego obrońcy (Levi Colwill), podstawowego duetu w środku pola (Caicedo i Mac Allister odeszli) oraz na skrzydłach (Mitoma i March kontuzjowani), ostatnio z gry wypadł napastnik (Evan Ferguson) oraz lewy obrońca (Pervis Estupinan). Brighton nie nawiązuje do poprzedniego sezonu, ponieważ nie tylko nie zgadza się ich postawa na boisku, ale także skład personalny. Choć latem zasiliło klub kilku piłkarzy, a niektórzy się sprawdzili (Adingra, Joao Pedro, regularnie gra też Igor Julio) to jednak skala wyzwania była zbyt duża, aby utrzymać zespół na poziomie sprzed roku.

Jak bardzo słaby jest rok 2024?

Wróćmy ponownie do dyspozycji Brighton w aktualnym roku kalendarzowym. Liczby mówią wprost, że to fatalny okres dla Mew. Zespół uważany za jeden z najbardziej efektownych w Europie statystycznie jest jedną z najgorszych drużyn Premier League pod kątem ofensywnym. Od początku stycznia mniej goli od Brighton w Premier League strzelił tylko Everton. Co gorsza, podopieczni Roberto De Zerbiego przestali również kreować okazje. Od marca gorszy współczynnik goli oczekiwanych (xG) ma jedynie Wolverhampton. Ostatni mecz, w którym Mewy zdobyły więcej niż jednego gola to wyjazd na ostatnie w tabeli Sheffield United 18 lutego. Od tego czasu w 12 meczach trafili do siatki zaledwie 7 razy. O ile rozpatrując cały sezon usprawiedliwianie Brighton kontuzjami oraz zmęczeniem spowodowanym większym natężeniem spotkań jest zrozumiałe, o tyle tak ogromna zapaść ofensywna tego zespołu w 2024 roku jest niewytłumaczalna.

Roberto De Zerbi – być może mając świadomość ograniczonych atutów w ofensywie – zaprogramował zespół na bardziej pragmatyczny, mniej ryzykowny styl gry w posiadaniu piłki. Mewy zaczęły być bardziej szczelne w defensywie (o ile nie dochodziło do pojedynków, w których przez większość meczu byli zmuszeni biegać za piłką), ale całościowo takie podejście nie okazało się słuszne. W 2024 roku Brighton punktuje ze średnią równo 1 pkt/mecz, co w niektórych sezonach skazywałoby ich na walkę o utrzymanie. W tym okresie mniej „oczek” zdobyły tylko cztery ostatnie zespoły tabeli (Sheffield, Burnley, Luton, Nottingham), a Mewy ponadto w słabym stylu odpadły z Ligi Europy. Przeciwko Romie w 1/8 finału już w pierwszym meczu na Stadio Olimpico przegrali 0:4 i zwycięstwo 1:0 w rewanżu nic im nie dało.

REKLAMA

Co dalej?

Ostatnie miesiące Brighton mogły zmienić postrzeganie tego klubu w oczach wielu kibiców. W następnym raczej niewielu ekspertów będzie przewidywało, że powalczą oni o europejskie puchary, natomiast w klubie – a zwłaszcza sam trener – z pewnością będą mieć takie ambicje. Mewy od dłuższego czasu sprawiają wrażenie zespołu, który tylko czeka na koniec sezonu, aby móc zresetować głowy, nabrać świeżości i z pełną parą rozpocząć przygotowania do kolejnych rozgrywek.

Po obecnym sezonie Roberto De Zerbi (o ile oczywiście zostanie na The Amex) będzie miał łatwiejsze zadanie, ponieważ raczej nie zakładamy sprzedaży któregoś z czołowych zawodników. Łączeni wcześniej z przenosinami do większych klubów Kaoru Mitoma oraz Evan Ferguson obecnie leczą urazy. De Zerbi nie będzie musiał więc wprowadzać nowych zawodników do zespołu i uczyć ich swojej filozofii. Niemniej jednak, jeśli Brighton myśli o powrocie do walki o europejskie puchary to niektóre elementy ich gry – mowa tu zwłaszcza o tych, gdy rywal posiada futbolówkę – muszą ulec poprawie.

***

Po więcej informacji o Premier League zapraszamy na grupę Kick & Rush – wszystko o lidze angielskiej

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    108,066FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ