Defensywą do finału Ligi Mistrzów. Arsenal przypomina, że nie można ich lekceważyć

Arsenal jako pierwszy zespół zameldował się w finale Ligi Mistrzów. Niezależnie od tego kto będzie ich rywalem w meczu o puchar dla najlepszej drużyny w Europie – Bayern czy PSG – Kanonierzy nie będą w Budapeszcie postrzegani jako faworyt. Co więcej, pojawia się wiele głosów, że zespół Mikela Artety nie zasłużył na znalezienie się w finale ze względu na sposób gry oraz korzystną drabinkę w fazie pucharowej. Niemniej jednak, trudno lekceważyć przed finałem drużynę, która od trzech lat w każdym sezonie traci tak mało goli. Arsenal dojechał do finału Champions League znakomitą defensywą.

Zderzenie stylów

Finał Ligi Mistrzów będzie zderzeniem stylów. Po jednej stronie stanie zespół na wskroś ofensywny, a po drugiej Kanonierzy, którzy w pierwszej kolejności dbają o to, aby nie dopuszczać rywali do wielu sytuacji i podejmują o wiele mniejsze ryzyko w fazie posiadania piłki. To z kolei prowadzi do faktu, że ich mecze są znacznie mniej emocjonujące. Z perspektywy kibica szukającego w piłce nożnej widowiska zdecydowanie przyjemniejsze w odbiorze są mecze Bayernu oraz PSG, ale to nie oznacza, że Arsenal na ten finał Ligi Mistrzów nie zasłużył. Podejście Mikela Artety daje zespołowi korzyści i przynosi pozytywne rezultaty. Trzeba również pamiętać, że Kanonierzy wciąż walczą na dwóch frontach, nie mają – w przeciwieństwie do trzech pozostałych półfinalistów – komfortu rotacji kluczowych piłkarzy w lidze, a w ostatnich tygodniach zmagali się z kontuzjami kilku ważnych graczy dla ofensywy (Saka, Eze, Havertz, Odegaard, Calafiori, Merino), co naturalnie obniżyło potencjał całego zespołu w kreowaniu sytuacji.

REKLAMA

W rewanżowym meczu z Atletico Arsenal bardzo powoli zdobywał przewagę nad przeciwnikiem, ale gdy to się udało, objęli prowadzenie, które zmusiło Atletico do zmiany nastawienia. Podopieczni Mikela Artety bardzo mądrze zarządzali wynikiem i tak naprawdę nie było choćby krótkiego fragmentu, gdy stracili kontrolę nad meczem; gdy Atletico sprawiało wrażenie, że jest blisko trafienia do siatki. Zespół Cholo Simeone łącznie oddał tylko 9 strzałów (7, gdy gonili wynik) i miał jedną bardzo dogodną okazję wynikającą z błędu Williama Saliby, gdy Giuliano Simeone wyszedł sam na sam, minął Davida Rayę, ale Gabrel zdążył go dogonić i zablokował strzał. Ta sytuacja przez model goli oczekiwanych na portalu Fotmob została wyceniona na 0,67 xG, a wszystkie próby gości – łącznie na 0,99 xG. Poza tym jednym momentem Kanonierzy spisywali się niemal perfekcyjnie w defensywie.

Arsenal udźwignął ten mecz mentalnie

Do Arsenalu Mikela Artety przylgnęła łatka zespołu kruchego mentalnie. Takie tezy nie pojawiają się przypadkowo, ponieważ zespół w ostatnich sezonach nie potrafił doprowadzić spraw do końca i ciągle czeka na pierwsze ważne trofeum (czyli nie zaliczamy tutaj Tarczy Wspólnoty) od Pucharu Anglii w 2020 roku. Już na wcześniejszym etapie sezonu Arsenal miał mecze, w których presja zaczynała ich paraliżować.Z Wolves, ostatnią drużyną tabeli stracili dwubramkowe prowadzenie na własnym stadionie oddając nagle inicjatywę rywalom. Równie głęboko i podobnie desperacko zaczęli bronić w końcówce meczu z Chelsea, gdy rywale kończyli mecz w dziesiątkę. W finale Carabao Cup w drugiej połowie byli tłem dla Manchesteru City, więc również można było postawić diagnozę o słabym mentalu. We wtorkowy wieczór na Emirates Stadium było jednak inaczej.

Najlepszy fragment Atletico miało od rozpoczęcia drugiej połowy do zmian w szeregach Arsenalu. W niespełna kwadrans oddali cztery strzały, w tym mieli wspomnianą okazję Giuliano Simeone. Choć ciężko było odnieść wrażenie, że Arsenalowi wymyka się z rąk prowadzenie, Arteta i tak postanowił zareagować. Z boiska zszedł Eberechi Eze, Bukayo Saka i Riccardo Calafiori (mogło to być już zaplanowane, ponieważ to trzech graczy wracających po urazach), a w ich miejsce pojawili się Martin Odegaard, Noni Madueke oraz Piero Hincapie. Bardzo ważne z punktu widzenia nastawienia Kanonierów w grze bez piłki było wejście kapitana zespołu. Odegaard na murawie jest przedłużeniem ręki trenera i dba o właściwą organizację całej drużyny podczas wysokiego pressingu. Arsenal nie oddał inicjatywy, a chciał oddalić grę od własnej bramki. Oczywiście, zdarzały się momenty, gdy cofali się nisko, ale były one konsekwencją utrzymania piłki przez rywali. Arsenal starał się jak najczęściej zakładać wysoki pressing i wybijać z rytmu przeciwników.

Efekty takiego podejścia były bardzo pozytywne

Choć wydaje się, że swój udział w nieumiejętności przejęcia kontroli nad meczem przez Rojiblancos odegrała także decyzja Diego Simeone o ściągnięciu z boiska Juliana Alvareza oraz Antoine’a Griezmanna, czyli duetu napastników aktywnie uczestniczącego w konstruowaniu akcji, tak piłkarzom Kanonierów również należą się pochwały. Od potrójnej zmiany dokonanej przez Artetę, jego zespół pozwolił rywalom na zaledwie trzy strzały, których łączna wartość goli oczekiwanych wyniosła 0,07 xG. Arsenal w ten sposób zamknął mecz. Nie było nerwowej końcówki czy brania „czasu” przez wyimaginowaną kontuzję bramkarza, bo coś nie funkcjonuje tak jak należy.

Arsenal nie będzie w finale faworytem, ale…

Niezależnie od tego z kim Arsenal zagra w finale, ewentualne prowadzenie będzie o wiele trudniejsze do utrzymania ze względu na jakość przeciwnika w ofensywie. Z drugiej strony, dla PSG czy Bayernu odrabianie strat nie będzie już tak łatwe jak w półfinale. Arsenal nie doszedł do finału przypadkiem. Jesienią był bezapelacyjnie najlepszy w fazie ligowej, wygrywając wszystkie 8 meczów. W fazie pucharowej również nie przegrali, więc zespół Mikela Artety zameldował się w finale bez żadnej porażki. Przez całą edycję Champions League stracili tylko 6 goli (dla porównania: Atletico – 28, PSG – 21, Bayern – 19). W fazie pucharowej pozwolili rywalom na dwa trafienia, oba po stałych fragmentach gry. Na Emirates Stadium gole strzelał tylko Bayern (1) oraz… Kajrat Ałmaty (2), ale Kazachowie prawdopodobnie tylko dlatego, że mierzyli się z Arsenalem w ostatniej kolejce fazy ligowej, gdy Kanonierzy mieli już zapewnione 1. miejsce.

Awans do finału Ligi Mistrzów Arsenalu nie jest przypadkiem również dlatego, że ten zespół pracował na to od trzech sezonów, gdy wrócił do najważniejszych rozgrywek europejskich. Im częściej dochodzisz do czołowej ósemki, tym większa szansa, że w końcu los się do ciebie uśmiechnie. Wcześniej Arsenal trafiał w ćwierćfinałach na Bayern Monachium i Real Madryt, a w półfinale poprzedniej edycji mierzył się z PSG. Mikel Arteta zbudował zespół, który w Europie jest bardzo trudny do pokonania, przede wszystkim ze względu na to jak mało goli tracą. W trzech edycjach, w których Hiszpan prowadził Kanonierów średnia straconych bramek Arsenalu wynosi 0,63 na mecz. Żaden trener z dorobkiem minimum 20 meczów w Champions League nie ma lepszego wyniku.

Arsenal w finale nie będzie faworytem, ale – biorąc pod uwagę, że w trzech tygodniach poprzedzających rywalizację w Budapeszcie będą grać tylko jeden mecz – nie można postrzegać ich jako zespół, który odegra rolę Interu z finałowego spotkania przed rokiem.

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    146,741FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ