Wszyscy wiemy o co chodzi w micie o Syzyfie. Bohater tej przypowieści z greckiej mitologii otrzymał zadanie wtoczenia na szczyt ogromnego głazu, ale za każdym razem, gdy jest już o krok od celu głaz mu spada, a on musi zaczynać od nowa. Odpowiednikiem Syzyfa w futbolu w ostatnich latach stał się Arsenal. Kanonierzy zawsze są blisko trofeów, ale ich nie zdobywają i w kolejnym sezonie zaczynają od nowa. W tym jeszcze nic nie stracili, ale porażka z Manchesterem City jeszcze wzmocniła przekonanie, że zostali skazani na syzyfowe prace.
Mecz decydujący w wyścigu o tytuł
Wczorajsze spotkanie Manchesteru City z Arsenalem na Etihad Stadium było starciem kluczowym dla losów tytułu. Zwycięstwo Kanonierów oznaczałoby, że w pozostałych pięciu meczach muszą zdobyć 10 punktów, aby zagwarantować sobie mistrzowski tytuł. Remis pozwalał na utrzymanie 3-punktowej przewagi, a więc możliwość jednego potknięcia w postaci podziału punktów bez oglądania się na rywali. Porażka oddawała natomiast Manchesterowi City kontorlę nad wyścigiem. Obecnie jeśli oba zespoły wygrają wszystkie mecze do końca to skończą z równą liczbą punktów i o tytule zadecyduje bilans bramkowy.
Dla Arsenalu moment rozgrywania meczu był o tyle niefortunny, że po przerwie reprezentacyjnej wpadli w największy dołek podczas trwającego sezonu. Po powrocie do gry po dwutygodniowej przerwie odpadli w ćwierćfinale Pucharu Anglii z Southampton oraz przegrali w lidze z Bournemouth na Emirates Stadium. W ćwierćfinale Ligi Mistrzów udało im się wyeliminować Sporting, ale dwumeczem wygranym 1:0 nikt się nie zachwycał, a gra piłkarzy Artety przyniosła więcej krytyki niż pochwał dla zespołu. Dla kontrastu, Manchester City po przerwie reprezentacyjnej jest prawdopodobnie w najlepszej dyspozycji od startu rozgrywek. Zaczęło się jeszcze od finału Carabao Cup przed zgrupowaniem kadr narodowych, gdy pokonali Arsenal (2:0). Następnie wyeliminowali z FA Cup Liverpool wygrywając 4:0, a w lidze pokonali wysoko Chelsea na Stamford Bridge (3:0). Ponadto w tygodniu, w przeciwieństwie do Arsenalu, nie rozgrywali meczu, bowiem odpadli już z Ligi Mistrzów.
Manchester City znajduje się także w lepszej sytuacji kadrowej. Na liście kontuzjowanych widnieją tylko Josko Gvardiol i Ruben Dias, z czym Pep Guardiola poradził sobie stawiając na duet Marc Guehi & Abdukodir Khusanov. Mikel Arteta nie mógł natomiast skorzystać z Jurriena Timbera, Riccardo Calafioriego, Mikela Merino oraz Bukayo Saki. Faworyt tego meczu był więc jasny.
Arsenal wyciągnął wnioski
W finale Carabao Cup Mikel Arteta został zaskoczony przez Pepa Guardiolę zmianą ustawienia Manchesteru City w wysokim pressingu. Teraz mógł się na to przygotować i obmyślić plan. Na korzyść The Gunners działał fakt, że dla nich remis oznaczał bardzo satysfakcjonujące rozwiązanie. Hiszpański trener zapowiedział jednak na konferencji prasowej, że przyjadą na Etihad Stadium, aby wygrać i takie też było podejście Arsenalu. Goście nie zamierzali murować bramki, a ich kluczowym elementem w strategii na mecz był wysoki pressing. Arsenal bardzo często podchodził jeden na jednego i próbował zmusić rywali do błędu w rozegraniu oraz generować przejęcia na połowie przeciwnika. Oczywiście, były fragmenty meczów, gdy Manchester City swoją jakością w posiadaniu piłki zmuszał Arsenal do głębokiej obrony, ale nastawienie piłkarzy Artety na wysoki pressing było widoczne. Zresztą, w taki sposób strzelili bramkę.
W fazie posiadania piłki Arsenal nie szukał skomplikowanych rozwiązań, a stawiał na proste środki, czyli dalekie podania. Podobnie grali w finale Pucharu Ligi z Manchesterem City (ale tam bardziej wynikało to z bezradności w rozegraniu), natomast na Etihad Stadium wyszli innym zestawieniem personalnym. Jako napastnik zagrał Kai Havertz, na którego były adresowane podania od Davida Rayi i Niemiec potrafił wygrywać walkę w powietrzu z rywalami. Do gry wrócił Martin Odegaard, który zajął miejsce ofensywnego pomocnika, a Eberechi Eze przeniósł się na lewe skrzydło. Taki plan sprawdzał się całkiem dobrze. Arsenal był w stanie utrzymać piłkę z przodu, a także wyprowadzać szybkie ataki.
Syzyfowe prace
Arsenal na swoje dogodne momenty musiał jednak ciężko pracować i przetrwać trudne chwile. Od zdobycia bramki w 18. minucie do znakomitej szansy Kaia Havertza w okolicach 60. minuty Kanonierzy nie oddali żadnego strzału. Finalnie cały wysiłek Arsenalu nie przełożył się na żadne punkty. Nawet w tym meczu można w zespole Mikela Artety dostrzec Syzyfa, który wtaczał ciężki głaz na górę, ale zabrakło centymetrów, aby osiągnąć cel. Centymetrów, które dzieliły piłkę od przekroczenia linii bramkowej po strzale Eberechiego Eze. Centrymetrów, których zabrakło Kaiowi Havertzowi, aby uderzyć celniej przy obu dogodnych okazjach. Centymetrów po stałym fragmencie gry, gdy piłka odbita od Nico O’Reilly’ego zatrzymała się na słupku.
Mikel Arteta na konferencji prasowej po meczu mówił, że mając tyle sytuacji musisz więcej wykorzystać i zgarnąć komplet punktów. Niemniej jednak, Manchester City również miał sporo szans, z których mógł strzelić więcej bramek. Arsenal na Etihad Stadium nie dostał lekcji futbolu, nie został zdeklasowany, a spotkanie nie było jednostronne. Ale jeśli któryś zespół bardziej zasłużył na zwycięstwo, byli to piłkarze Pepa Guardioli, którzy prezentowali wyższą kulturę gry, przez większość czasu mieli optyczną przewagę, a piłkarze zaprezentowali większą jakość. W barwach Manchesteru City na wysokości zadania stanęli Erling Haaland, Rayan Cherki, Jeremy Doku, Bernardo Silva czy Rodri, natomiast w Arsenalu… trudno wskazać jednego piłkarza, który zagrałby na zbliżonym poziomie do tych wyżej wymienionych.
Arsenal ciągle toczy głaz, jest coraz bliżej szczytu, ale już niebezpiecznie zbacza z drogi. Kibice obserwujący to wszystko zdają sobie sprawę, że i ta próba może zakończyć się tak samo jak wszystkie poprzednie.
