Już tylko trzy kolejki zostały do końca sezonu Premier League. Wyścig o tytuł nadal trwa, rozstrzygnięć w walce o utrzymanie również nie mamy. Po 35. serii gier omawiamy szerzej 5 wybranych tematów, a są to: powrót ofensywnego Arsenalu, skauting Bournemouth, Manchester United Carricka przeciwko czołówce, wejście De Zerbiego do Tottenhamu oraz mentalność piłkarzy Manchesteru City.
Występ Arsenalu z Fulham prowokuje pytanie: co by było, gdyby…?
Arsenal pewnie i wysoko wygrał z Fulham (3:0) i odpowiedział krytykom zarzucającym im defensywny styl gry. Tak dominującego oraz płynnie przeprowadzającego ataki pozycyjne zespołu Mikela Artety nie widzieliśmy już od miesięcy. Fani Arsenalu mogą być zadowoleni, ale też… zastanawiać się dlaczego Kanonierzy w 2026 roku nie potrafią regularnie grać tak dobrze w ofensywie. Oczywiście, wpływ mają na to kontuzje. Mecz z Fulham był pierwszym w wyjściowym składzie od przerwy reprezentacyjnej dla Bukayo Saki oraz Riccardo Calafioriego, którzy mieli duży wpływ na jakość gry zespołu w fazie posiadania piłki. Niemniej jednak, można odnieść wrażenie, że Arteta nie zawsze był w stanie znaleźć odpowiedni balans w wyjściowej jedenastce, aby gra ofensywna była płynna. A gdyby to zrobił, jego zespół miałby dziś bezpieczną przewagę w wyścigu o tytuł.
To jednak nie jedyne „co by było, gdyby…” jakie można podnosić po sobotnim meczu. Viktor Gyokeres zakończył mecz z dwoma golami, asystą i skuteczną grą w utrzymywaniu piłki. Szwed wysłał sygnał, że adaptacja w Premier League dobiegła już końca i – znów – można zastanawiać się, co by było, gdyby to nastąpiło wcześniej. Kolejna rzecz, którą warto odnotować to występ Mylesa Lewisa-Skelly’ego w środku pola. 19-latek spisał się bardzo dobrze, zagrał najprawdopodobniej swój najlepszy mecz w sezonie i – znów – można zadawać sobie pytanie dlaczego dopiero teraz został sprawdzony na tej pozycji (jego nominalnej z drużyn młodzieżowych), dzięki czemu Rice i Zubimendi w kluczowym momencie sezonu nie byliby tak zmęczeni.
Bournemouth przejmuje status klubu z najlepszym skautingiem w Premier League
Za klub posiadający najlepszy skauting w Premier League przez ostatnie lata bylo uważane Brighton. Mewy nadal potrafią wyjąć ciekawych piłkarzy i skutecznie ich rozwijać, natomiast wyrasta nam klub, który śmiało może z Brighton konkurować. Mowa o Bournemouth. W ostatnich latach Bournemouth sprzedało kilku piłkarzy do czołowych angielskich lub europejskich klubów (Semenyo, Solanke, Zabarnyi, Huijsen, Kerkez), a w ich miejsce sprowadziło kilku zawodników, którzy nie mieli problemu z wejściem do zespołu oraz przełożeniem swoich umiejętności na poziom Premier League.
Miejsce Milosa Kerkeza zajął Adrien Truffert z Rennes, który ma bardzo podobną charakterystykę do Węgra. Na prawą obronę sprowadzono natomiast Alexa Jimeneza z Milanu, którego atuty świetnie wpasowały się w system gry Andoniego Iraoli. Eli Junior Kroupi przeszedł z ich satelickiego klubu, Lorient i w meczu z Crystal Palace (3:0) strzelił 12. gola w tym sezonie, wyrównując rekord liczby trafień w jednych rozgrywkach Premier League dla nastolatka. W styczniu w miejsce Antoine’a Semenyo sprowadzono z ligi brazylijskiej 19-letniego Rayana, który już zdobył 4 gole oraz zanotował dwie asysty i ma spore zasługi w tym, że po sprzedaży swojego najlepszego zawodnika Bournemouth nie poniosło jeszcze ani jednej porażki i na trzy kolejki przed końcem sezonu jest na miejsce premiowanym awansem do europejskich pucharów. Wisienki działają na rynku transferowym po profesorsku.
Manchester United Michaela Carricka dobrze czuje się w meczach z czołówką
Manchester United na trzy kolejki przed końcem sezonu zapewnił sobie już udział w następnej edycji Ligi Mistrzów. Czerwone Diabły pokonały na Old Trafford Liverpool (3:2), a Michael Carrick dopisał na swoją listę pokonanych kolejny duży zespół. Manchester United pod wodzą tymczasowego trenera wygrał już z Arsenalem, Manchesterem City, Liverpoolem, Chelsea i Tottenhamem, czyli całym big six, a ponadto dołożył zwycięstwo nad Aston Villą, która jest o krok od zapewnienia sobie gry w Lidze Mistrzów w następnym sezonie. Taki bilans nie jest przypadkowy. Drużyna prowadzona przez Michaela Carricka świetnie czuje się w rywalizacjach z czołówką ligi, a niedzielne starcie z Liverpoolem było kolejnym potwierdzeniem tej tezy.
Manchester United bardzo szybko ułożył sobie ten mecz strzelając dwa gole już w pierwszym kwadransie. To pozwoliło im wycofać się na własną polowę, oddać rywalom inicjatywę i czekać na okazje do kontrataków. Wydawało się, że prędzej Man United zamknie mecz trzecim golem niż Liverpool zmniejszy dystans. W drugiej połowie piłkarze Czerwonych Diabłów sami utrudnili sobie jednak zadanie tracąc dwa gole po niewymuszonych stratach, ale ostatecznie zdobyli 3 punkty. Na przestrzeni całego meczu to gospodarze byli jednak lepszym zespołem. The Reds – według Fotmob – mieli wyższe posiadanie piłki (62%), wymienili prawie trzy razy więcej podań na połowie atakowanej, ale wszystkie statystyki mierzące zagrożenie pod bramką przeciwnika były po stronie Manchesteru United (strzały, strzały celne, duże okazje, xG, kontakty z piłką w polu karnym).
Roberto De Zerbi najbardziej poprawił w Tottenhamie wysoki pressing
Tottenham po wyjazdowym zwycięstwie z Aston Villą (2:1), drugim z rzędu w Premier League, wreszcie wydostał się ze strefy spadkowej. Zatrudnienie Roberto De Zerbiego przyniosło pożądane efekty. W fazie posiadania piłki widać już pewne zachowania w pozycjonowaniu się zawodników, dzięki czemu zespół lepiej potrafi utrzymywać się przy piłce. Większy wpływ włoski szkoleniowiec miał jednak – czego raczej nikt nie zakładał ze względu na charakterystykę tego trenera – w grze bez piłki, a konkretnie w wysokim pressingu. W walce o utrzymanie wielu trenerów minimalizuje ryzyko i skupia się na właściwym zorganizowaniu zespołu w obronie niskiej. De Zerbi poszedł inną drogą i ona sprawdza się bardzo dobrze.
Pierwsze sygnały, że pressing Tottenhamu przynosi im sporo korzyści to zremisowany mecz z Brighton, czyli zespołem, który ma bardzo dobrze dopracowane budowanie ataków. Aston Villa również bazuje na wciąganiu rywala do wysokiego pressingu i w ten sposób szukania szans na szybkie ataki. Przeciwko Tottenhamowi to im jednak nie wychodziło, a rywale potrafili odzyskiwać piłkę na połowie przeciwnika. Roberto De Zerbi w wyjściowej jedenastce postawił na zawodników potrafiących grać na dużej intensywności oraz realizować zadania w grze bez piłki (Richarlison/Solanke, Gallagher, Palhinha, Bentancur) i w ten sposób Koguty zaczęły zmierzać we właściwym kierunku.
To już nie jest ten sam Manchester City
Spotkanie z Evertonem (3:3) początkowo układało się zgodnie z założeniami Pepa Guardioli. Manchester City wypracował sobie duża przewagę, zdominował przeciwnika i jeszcze przed przerwą objął prowadzenie. Zapowiadało się na spokojne zwycięstwo Obywateli, ale w drugiej połowie drużyna kompletnie się posypała, straciła trzy gole i rzutem na taśmę wywalczyła punkt, oddając sprawę wygrania Premier League w ręce Arsenalu. Manchester City był postrzegany jako zespół o wiele silniejszy mentalnie w tym wyścigu ze względu na przeszłość Kanonierów, którzy od trzech sezonów nie potrafią doprowadzać spraw do końca. Niemniej jednak, The Citizens nie są już tym samym zespołem, co w poprzednich latach, gdy zdobywali trofea.
Manchester City przeszedł – tak to można nazwać – zmianę pokoleniową. To już nie jest zespół napakowany piłkarzami z bogatą gablotą trofeów, mentalnością mistrzów i ogromnym doświadczeniem gry o najwyższe cele oraz pod dużą presją (jak w meczu z Evertonem). Z zespołu, który w 2023 roku zdobywał potrójną koronę zostali Bernardo Silva, Haaland, Rodri, Ruben Dias, John Stones, Nathan Ake i Phil Foden, ale w wyjściowej jedenastce na Hill Dickinson Stadium znaleźli się tylko ci dwaj pierwsi (Rodri i Dias są kontuzjowani, a Stones, Ake i Foden przegrywają rywalizację o miejsce w składzie). Większość zawodników (Khusanov, Guehi, O’Reilly, Semenyo, Cherki, Nico Gonzalez) jest młoda i dopiero uczą się utrzymywania ciśnienia w najważniejszych momentach. Mecz z Evertonem, w którym posypali się w drugiej polowie i sprezentowali rywalom dwa gole przypomniał nam, że Manchester City też jest kruchy mentalnie i pokazywał to również na wcześniejszych etapach sezonu.
Co jeszcze wydarzyło się w 35. kolejce Premier League?
- Po serii trzech meczów bez porażki West Ham przegrał z Brentfordem na wyjeździe aż 0:3 i po zwycięstwie Tottenhamu osunął się ponownie do strefy spadkowej.
- Leeds United na start kolejki pewnie pokonało Burnley (3:1) – które w tygodniu zwolniło Scotta Parkera, a jego obowiązki przejął Mike Jackson – i osiągnęli granicę liczby punktów (43 pkt), z którą w historii Premier League żaden zespół nie spadł z ligi.
- Newcastle po czterech porażkach z rzędu oraz pięciu we wszystkich rozgrywkach wreszcie zakończyło fatalną serię wygrywając z Brighton u siebie (3:1). Zespół Fabiana Hurzelera stracił cenne punkty w walce o europejskie puchary.
- Zdegradowane już Wolves na własnym boisku urwało punkty Sunderlandowi (1:1), który od 24. minuty grał w osłabieniu jednego zawodnika.
- Chelsea oddala się od europejskich pucharów. W poniedziałek przegrali z Nottingham Forest (3:1), które wystawiło rezerwowy skład, priorytetyzując rewanż w półfinale Ligi Europy. Zespół Vitora Pereiry ma już 42 punkty i prawdopodobieństwo utrzymania jest już bliskie 100%.
