Miniona kolejka była kluczowa w kontekście walki o mistrzostwo Anglii. W bezpośrednim starciu zmierzyły się dwa zespoły walczące o tytuł – Manchester City i Arsenal. Dzięki zwycięstwu 2:1 to podopieczni Pepa Guardioli wydają się być teraz w lepszej pozycji w tym wyścigu. Wprawdzie The Citizens mają trzy punkty mniej, jednak jeżeli wygrają zaległy mecz zrównają się punktami z Kanonierami i wyprzedzą ich dzięki lepszemu bilansowi bramek. Obywatele są też przede wszystkim w o wiele lepszej formie niż ich konkurent. Zwycięstwo z The Gunners było czwartym z rzędu Manchesteru City we wszystkich rozgrywkach, a pokonywali oni w tym czasie dwukrotnie Arsenal (2:0 i 2:1), Liverpool (4:0) i Chelsea (3:0). Tak grający zespół Pepa Guardioli będzie niezwykle ciężko zatrzymać.
Manchester City nie rozgrywa wybitnego sezonu
Nie ma się co oszukiwać, że trwający sezon nie jest najlepszym w historii The Citizens. Mimo że włożyli już do gabloty puchar za Carabao Cup i mają szanse na pozostałe dwa krajowe trofea, to za kadencji Guardioli Obywatele rozgrywali wiele lepszych sezonów. Jeżeli Manchester City wygra pozostałe pięć meczów w lidze do końca rozgrywek, to zakończy je z dorobkiem 85 punktów. Od momentu zatrudnienia hiszpańskiego szkoleniowca byłby to trzeci najgorszy wynik. Ponadto The Citizens odpadli z Ligi Mistrzów już w 1/8 finału. Był to dopiero trzeci taki przypadek za kadencji Guardioli, kiedy nie potrafili przebrnąć tego etapu rozgrywek.
Oczywiście można wskazywać, że obecnie Premier League stała się bardziej wyrównana niż była jeszcze kilka lat temu. To już nie są czasy, gdy mistrz zbliżał się do granicy 100 punktów. Niemniej jednak, Guardiola w obecnej kampanii bardzo długo szukał optymalnego zestawienia składu. Tak naprawdę przez większość sezonu kibice Arsenalu mogli być w miarę spokojni, że wreszcie ich zespół sięgnie po tytuł. Obywatele zbyt często tracili punkty i nie sprawiali wrażenia, jakby na wiosnę mieli osiągnąć szczyt formy, co robili przeważnie w mistrzowskich sezonach.
Manchester City wszedł na najwyższe obroty
W trwającej kampanii Guardiola to optymalne rozwiązanie znalazł wyjątkowo późno. Oczywiście, to nie tak, że wcześniej Hiszpan nie miał pomysłu i miotał się od koncepcji do koncepcji. Po zimowym okienku transferowym i transferze Antoine’a Semenyo zmienił on ustawienie zespołu na 4-2-2-2, a Manchester City zaczął grać bardziej bezpośrednio i wertykalnie. Na kluczowym etapie sezonu Guardiola zdecydował się jednak na kolejną ewolucję w systemie gry. Manchester City wrócił do taktyki z szeroko ustawionymi skrzydłowymi oraz Nico O’Reillym na pozycji lewego obrońcy, który w fazie posiadania piłki staje się dodatkowym środkowym pomocnikiem.
Za moment zwrotny należy tutaj uznać mecz z Arsenalem w finale Carabao Cup, wygrany 2:0. Od tego spotkania Guardiola trzyma się swojej podstawowej jedenastki. Jedyną zmianą, jaką dokonał trener Manchesteru City w czterech ostatnich meczach był powrót do wyjściowego składu Marca Guehiego, który nie mógł zagrać w finale Pucharu Ligi z powodów proceduralnych, gdyż wcześniej w obecnym sezonie występował w barwach Crystal Palace. Grając w tym systemie Manchester City postawił przede wszystkim na większą kontrolę meczu poprzez posiadanie piłki. Obywatele nie grają już tak bezpośrednio, jak wcześniej, a więcej sytuacji kreują z ataków pozycyjnych. W tej taktyce znacznie lepiej odnajduje się przede wszystkim Rayan Cherki. Francuz ma większą swobodę w poruszaniu się, dzięki czemu wreszcie może wyeksponować swoje najlepsze umiejętności.
Mecz z Arsenalem
Manchester City grając w nowym systemie, wrócił do podstaw, w wyniku których na końcówkę sezonu złapał najwyższą formę. Ekipa Guardioli zaczęła po prostu pokazywać to, z czym jest kojarzona od początku kadencji hiszpańskiego trenera na Etihad. I nie inaczej było w niedzielnym meczu z Arsenalem. Mimo że Kanonierzy postawili trudne warunki i mieli swoje sytuacje, to zespołem lepszym pod względem optycznym był Manchester City. The Cittizens pokazali wyższą kulturę gry. Tworzyli więcej sytuacji, częściej wprowadzali piłkę w pole karne czy tercję ofensywną oraz długimi fragmentami potrafili zamknąć rywali na ich połowie.
Obywatele wygrali ten mecz zasłużenie, choć pewnie większość kibiców Arsenalu nie zgodzi się z tym stwierdzeniem. Kanonierzy również stworzyli sobie kilka dogodnych sytuacji i pod tym kątem mecz był wyrównany. Oba zespoły wykreowały po pięć „dużych szans”, a biorąc pod uwagę współczynnik xG najbardziej sprawiedliwy byłby remis. Niemniej jednak, to Manchester City przez większość meczu prowadził grę i dyktował warunki, a Arsenal miał jedynie momenty.
Najlepiej świadczy o tym to, kiedy ekipa Mikela Artety oddawała strzały. W pierwszych 17 minutach zwieńczonych golem wyrównującym Kaia Havertza Arsenal oddał trzy strzały, następnie aż pięć uderzeń od 59. do 72. minuty i ostatnie w doliczonym czasie gry. Oczywiście taki mógł być plan Artety, aby zagrać odważniej jedynie przez kilkanaście minut obu połów i po prostu wykorzystać swoje momenty. Arsenal był bliski skutecznej realizacji tego planu, jednak na koniec zabrakło im skuteczności.
Zarządzanie prowadzeniem
Mimo wszystko, słowa uznania należą się również Manchesterowi City za to, w jaki sposób zarządzał tym meczem i korzystnym wynikiem. Od momentu strzelenia bramki na 2:1 w 64. minucie Arsenal oddał tylko trzy strzały. Manchester City cofnął się na pod swoje pole karne, a bronił się poprzez posiadanie piłki na połowie przeciwnika. Mając tak techniczny zespół, posiadający sporo jakości z piłką przy nodze, jest to jak najbardziej zrozumiałe. Jednak nawet najlepszym zespołom nie zawsze się to udaje. Piłkarze nawet podświadomie mogą cofać się pod własną bramkę w obawie przed utratą gola. Manchester City jednak tego nie zrobił, jednocześnie grając bardzo odpowiedzialnie z piłką przy nodze.
Tym samym Obywatele wytrącili główne atuty Kanonierów – fazy przejściowe po odbiorze piłki oraz stałe fragmenty gry. Arsenal w całym spotkaniu wywalczył tylko pięć rzutów rożnych oraz dwa rzuty wolne na połowie przeciwnika. W wyniku przeniesienia gry w tercję defensywną Arsenalu po zmianie stron, które wynikało również z obniżenia ustawienia Kanonierów, Manchesterowi City udało się przejąć kontrolę nad meczem. Według danych z Whoscored w pierwszych 45 minutach zespół Guardioli aż 7 z 11 strat zanotował na własnej połowie. W drugiej części spotkania natomiast tylko 4 z 15. Był to m.in. efekt tego, że po przerwie Arsenal nie był już w stanie pressować tak wysoko. W pierwszą połowę podopieczni Artety zainwestowali sporo energii i nie byli w stanie utrzymać tak dużej intensywności. Manchester City zarówno w tym meczu, jak i na przestrzeni całego sezonu pokazuje wyższą kulturę gry. I to właśnie ten element może okazać się kluczowy w wyścigu mistrzowskim.
