Kobieca reprezentacja Polski nie bryluje w eliminacjach Mistrzostw Świata kobiet, w których jedyny punkt zdobyła remisując z Holandią. Niewiele zapowiadało zmianę tego stanu rzeczy po rewanżowym meczu z Francją. To bowiem lider grupy, który w marcu wygrał już z nami 4:1. Teraz jednak Polki liczyły na niespodziankę, a przynajmniej zrobienie nieco lepszego wrażenia niż w przypadku pierwszego starcia. Częściowo się to udało, ale grające z orzełkami na trykotach panie i tak mogą mówić o sporym niedosycie. Szczegóły w naszych pomczowych wnioskach.
1. Polki… czwórką w ataku!
Polki od początku meczu grały bez kompleksów czy tremy, jakie potencjalnie mogłaby wywołać w nich jakość rywalek z zachodu Europy. Zamiast oddać im piłkę i przyjąć skrajnie wycofaną postawę, postanowiły podejść do meczu z odważnym, ofensywnym nastawieniem. Próbowały więc konstruować akcje kombinacyjne, stosowały dobrze zorganizowany pressing, a nawet zaskoczyły nietuzinkową taktyką. Choć generalnie grały w często wykorzystywanym przez selekcjonerkę Ninę Patalon ustawieniu 4-3-3, to zdarzało im się funkcjonować aż z czwórką zawodniczek ofensywnych. Działo się tak, gdy do najbardziej wysuniętej formacji dołączała Patrycja Sarapata, co umożliwiało rozciągnięcie pola gry na całą szerokość boiska.
Elastyczność systemu przygotowanego na ten mecz w ogóle była bardzo duża, bo w fazie defensywnej funkcjonował on jeszcze inaczej. Najczęściej było to 4-4-2 z charakterystycznym diamentem w środku pola. Jego użycie pozwalaja zarówno na skoki pressingowe, jak i zabezpieczenie tyłów przez defensywną pomocniczkę, jest więc atrakcyjną opcją. Czasami potrzebne było jednak przesunięcie jeszcze większej liczby Biało-czerwonych do tyłu, a wtedy kadra płynnie przechodziła do ustawienia 4-5-1. Jedyną postacią nie cofającą się za linię piłki była w tych momentach gotowa do kontrataków Ewa Pajor.
2. Może nie bezbłędne, ale silne jako kolektyw!
Kolejne minuty mijały, a dobre wrażenia związane z grą Polek wciąż nie ulegały zatarciu. Ciężko było wskazać wiele aspektów, w których bardzo wyraźnie odstawałyby one od Francuzek. Co prawda gospodynie popełniały pewne błędy, ale paradoksalnie już po wszystkim mogły one budować optymizm, a nie niepokój. Reprezentacja wspierana z trybun między innymi przez Pierwszą Damę, Martę Nawrocką (a także ponad 11 tysięcy innych osób), nigdy się bowiem nie poddawała i po każdym potknięciu z całych sił starała się załagodzić jego konsekwencje. Warto również wspomnieć, że zawsze była to reakcja drużynowa, a nie jedynie indywidualna. Tam, gdzie któraś z kadrowiczek źle podała czy nie zorientowała się w intencjach partnerek, w sukurs ruszały pozostałe i pomagały w opanowaniu groźnej sytuacji. Ostatnim, równie mocnym filarem oporu była bramkarka, Kinga Seweryn, która parę razy wychodziła obronną ręką z naprawdę poważnych opresji.
Nowy rekord frekwencji na meczu reprezentacji Polski kobiet 😍🇵🇱
— TVP SPORT (@sport_tvppl) June 5, 2026
🔴 📲 OGLĄDAJ #POLFRA ▶️ https://t.co/5aOfir1e0O pic.twitter.com/g8LrQL4Ck3
Podsumowując, w obronie prawie wszystko działało jak należy. „Prawie”, bo na lewej flance ogromne problemy z Delphine Cascarino miała Martyna Wiankowska. Obrończyni FC Köln była wolniejsza od swojej rówieśniczki i pozwalała jej na zdecydowanie zbyt wiele. Trenerka reprezentacji Polski mogła być więc dumna z generalnej postawy swoich podopiecznych, ale lewa strona obrony wymagała dokonania roszad personalnych albo przynajmniej uczulenia partnerek na bardziej uważną asekurację w tamtym sektorze placu gry.
3. „Magiczne” faule i kontuzje
Widowisko na Polsat Plus Arenie w Gdańsku niestety zaburzone było jednym czynnikiem. Była to skłonność zawodniczek do niesportowego nadużywania dbałości o ich zdrowie, która w nieco innej formie objawiała się zresztą w obu ekipach. Przyjezdne z państwa Napoleona w okolicach polskiego pola karnego nagle zaczynały być zaskakująco podatne na każdy, nawet najmniejszy ból. Takie próby wymuszenia rzutów wolnych nie mogły się podobać, zwłaszcza że niekiedy nie było do nich nawet najmniejszych podstaw.
Po drugiej stronie boiska Francja również starała się nabrać panią arbiter i wiele wskazuje na to, że niestety dla Polek im się to udało. Pod koniec pierwszej połowy po rzucie rożnym dla naszych rodaczek z prawego narożnika piłka wpadła do bramki. Bezpośrednią przyczyną tego gola był błąd bramkarki, która nie złapała futbolówki, lecz w bardzo niefortunny sposób odbiła ją poza linię bramkową. Tuż po tym zajściu położyła jednak na ziemi i zaczęła sygnalizować rzekome wcześniejsze niezgodne z przepisami zachowanie Polek. Prowadząca spotkanie sędzina z Anglii podjęła decyzję zgodną z jej intencjami, ale było to dość kontrowersyjne. Co prawda Oliwia Woś faktycznie miała kontakt z Francuzką, ale ta z pewnością dodała sporo od siebie i ostatecznie osiągnęła założony cel.
Już wydawało się, że pierwszą połowę z Francją zakończymy w dobrych humorach…
— TVP SPORT (@sport_tvppl) June 5, 2026
Gol dla Polski został jednak anulowany.
🔴 📲 OGLĄDAJ #POLFRA ▶️ https://t.co/5aOfir1e0O pic.twitter.com/bScuzIrva1
Trzeba natomiast przyznać, że i Polki nie pozostawały niewinne. Po nieco ponad 30 minutach rywalizacji to nasza golkiperka domagała się interwencji medycznej, mimo że wcześniej nie była stroną żadnego niebezpiecznego starcia. Na jej położenie się na murawie błyskawicznie zareagowały jednak koleżanki z zespołu, które podbiegły do linii bocznej, gdzie już czekały na nie napoje i mająca pewne uwagi do przekazania Nina Patalon. Ciężko uwierzyć, by taka koordynacja działań i tak efektywne wykorzystanie przerwy w grze miało miejce przypadkowo. Wola trenerki, by jeszcze mocniej wpłynąć na losy meczu, jest jak najbardziej zrozumiała, ale nigdy nie powinna ona popychać do zachowań nieeleganckich. Może i za takie działania nie grozi żadna sankcja, ale sama kultura i dobre obyczaje też się liczą i powinny być szanowane.
4. Polska jak Ikar…
Po niezwykle obiecującej pierwszej połowie nadzieje i ambicje kibiców i samych zawodniczek musiały być wyjątkowo rozbudzone. Nic dziwnego – reprezentacja Polski była jak na skrzydłach i do pełni szczęścia brakowało jej tylko otwarcia wyniku. Sama mitologia grecka uczy nas jednak, że takie latanie często może skończyć się tylko bolesnym upadkiem. Takim właśnie rozczarowaniem, podobnym do losów Ikara, okazał się dalszy przebieg rywalizacji po przerwie.
W tej części spotkania wyraźnie lepsze były już piłkarki prowadzone przez Laurenta Bonadeia. W końcu narzuciły one swoje warunki, doprowadziły do dwóch trafień i pokazały swoje najlepsze oblicze. Wreszcie znalazły drogę do bramki Polek, a poza tym jakby swobodniej funkcjonowały we wszystkich swoich boiskowych czynnościach. Zasłużenie wygrały i jako Polacy musimy pogodzić się z porażką naszych rodaczek. Nie zmienia to jednak faktu, że boli zero goli zdobytych przez naszą kadrę. W drugiej połowie nie brakowało okazji, w których można pokusić się o gola honorowego, ale do sukcesu zawsze czegoś brakowało. Wielka szkoda, bo wynik 1:2 wyglądałby już znacznie lepiej, a może nawet trafniej oddawałby przebieg starcia z ćwierćfinalistkami Mistrzostw Europy.

