31. seria gier Premier League była niepełna, ponieważ Manchester City z Arsenalem mierzyli się w finale Pucharu Ligi, więc ich mecze zostały przełożone (Kanonierzy z Wolves grali już wcześniej). Jak co kolejkę w podsumowaniu minionych wydarzeń bierzemy pod lupę 5 tematów: słabe punkty Casemiro, progres Brighton, bronienie pola karnego Evertonu, bardzo trudne w odbiorze mecze Leeds oraz presja paraliżująca Arsenal.
Bournemouth pokazało jak grać na Casemiro
Wszyscy zgodnie możemy przyznać, że Bruno Fernandes w obecnym sezonie jest najlepszym piłkarzem Manchesteru United, być może nawet całej ligi i na jego zatrzymanie nie ma recepty. W ostatnich tygodniach duży wpływ na grę Czerwonych Diabłów miał też Casemiro, który nie tylko strzelał bramki ze stałych fragmentów gry, ale brał na siebie odpowiedzialność za rozegranie piłki, przenoszenie jej w strefę ataku, a nawet przy atakach pozycyjnych ustawiał się wyżej i szukał podań w pole karne lub sam wbiegał w szesnastkę. W meczu z Bournemouth (2:2) Brazylijczyk pozostał jednak anonimowy, a brak płynności w grze Man United oraz brak przejęcia kontroli nad meczem można przypisywać właśnie temu, że gospodarze skutecznie wyłączyli z gry Casemiro. Bournemouth nie zrobiło tego jednak konkretnym planem anty-Casemiro, a swoim sposobem gry.
Zespół Andoniego Iraoli stawia na intensywność, wysoki pressing i bezpośrednie ataki. W ich meczach jest wiele faz przejściowych, piłka często zmienia właściciela, a akcje budowane są z niewielkiej liczby podań. W takim meczu 34-letni Casemiro nie zawsze nadążał łatać dziury w środku pola (Bournemouth często wykorzystywało wolne przestrzenie pomiędzy formacją obrony, a pomocy MU) oraz nie wyglądał dobrze z piłką przy nodze. 14 razy tracił posiadanie przy 53 kontaktach z piłką, co jest wysokim wynikiem jak na defensywnego pomocnika. Pion sportowy Manchesteru United na Vitality Stadium otrzymał podpowiedź w jaki sposób przebudować drugą linię zespołu. Oprócz zastąpienia atutów, które daje Casemiro warto skupić się na zwiększeniu intensywności, a także możliwości utrzymania piłki pod pressingiem rywala.
Brighton zgłasza gotowość do walki o europejskie puchary
Gdy w 26. kolejce Premier League, Brighton przegrał z Aston Villą kibice w czarnych scenariuszach mogli zakładać, że ich zespół będzie musiał walczyć o utrzymanie. Zajmowali 14. miejsce, mieli 7 punktów przewagi nad strefą spadkową i w lidze wygrali tylko raz w ostatnich 13 meczach. Minął nieco ponad miesiąc i… Mewy są jednym z kandydatów do awansu do europejskich pucharów. W sobotę pokonali Liverpool (2:1), a występ przeciwko ustępującemu mistrzowi Anglii był wyraźnym sygnałem, że są w bardzo dobrej dyspozycji i zgłąszają gotowość do walki o europejskie puchary.
Zespół Fabiana Hurzelera z Liverpoolem wygrał ze wszech miar zasłużenie. O ile pierwsza połowa była jeszcze całkiem wyrównana, tak w drugiej Brighton wykorzystało zmęczenie Liverpoolu środowym meczem w Lidze Mistrzów z Galatasaray i narzucili intensywność, której Liverpool nie był w stanie się przeciwstawić. Imponujące było zarządzanie prowadzeniem przez gospodarzy, ponieważ po zdobyciu gola na 2:1 w 56. minucie nie oddali inicjatywy, a cały czas próbowali trzymać grę jak najdalej od własnego pola karnego. Przez ponad pół godziny po strzeleniu bramki pozwolili The Reds na zaledwie 4 strzały. Wysoki pressing Brighton funkcjonował bardzo dobrze i uniemożliwił Liverpoolowi, który miał na boisku wielu piłkarzy dobrze operujacych pilką (Gravenberch, Jones, Mac Allister, Szoboszlai, Wirtz) kontrolę meczu. Brighton nie jest faworytem do zajęcia miejsca gwarantującego grę w Europie, ale przy ich obecnej formie trudno ich skreślać.
Everton najlepiej broni pola karnego w Premier League
Mniej straconych goli w tym sezonie Premier League od Evertonu mają tylko Arsenal oraz Manchester City. David Moyes zbudował zespół, który bardzo dobrze oddaje mocne strony jego zespołów. The Toffees są świetnie zorganizowani w grze bez piłki i bardzo trudno przełamać ich defensywę, gdy ta ustawi się nisko. Mecz z Chelsea (3:0) był kolejnym, w ktorym drużynę o dużej jakości indywidualnej ograniczyli do niewielu dogodnych szans. The Blues największe zagrożenie kreowali ze stałych fragmentów. Z gry ich współczynnik goli oczekiwanych wyniósł zaledwie 0,34 xG.
Everton dostarczył argumentów na potwierdzenie tezy, że są zespołem najlepiej broniącym własnego pola karnego w całej lidze. Rywale mogą dochodzić do szesnastki, ale w niej obrońcy The Toffees są prawie bezbłędni, a James Tarkowski jest być może nawet najlepszym stoperem w tych aspektach (blokowanie strzałów, właściwe ustawienie przy dograniach w pole karne, pojedynki w powietrzu) w Premier League. Niemniej jednak, bez swojego kapitana również potrafią sobie radzić, co pokazał mecz sprzed tygodnia z Arsenalem. Wówczas zabrakło Tarkowskiego, a Everton do pierwszej „dużej okazji” (big chance) dopuścił lidera tabeli dopiero w 89. minucie. Bardzo ważna dla gry defensywnej Evertonu jest też druga linia z Idrissą Gueyem i Jamesem Garnerem, powołanym na marcowe zgrupowanie reprezentacji Anglii. Obaj są skuteczni w destrukcji, mocni w pojedynkach i bardzo wybiegani, stanowiąc pierwszą zaporę przed linią obrony.
Ostatnie mecze Leeds są okropne.
Jeśli nie ogladaliście dwóch ostatnich meczów Leeds to nie macie czego żałować. Zespół Daniela Farkego przed tygodniem bezbramkowo zremisował z Crystal Palace, a w 31. kolejce Premier League ten sam wynik osiągnął w spotkaniu z Brentford. Oba mecze dla widzów były okropne w odbiorze. Nawet najwięksi koneserzy Premier League musieli mieć kłopot z utrzymaniem koncentracji oglądając oba spotkania. Przeciwko Crystal Palace współczynnik goli oczekiwanych z gry wyniósł 0,11 xG dla Leeds i 0,15 xG dla Orłów. W miniony weekend więcej było szans z gry, natomiast mniej z SFG. Pawie zakończyły spotkanie z szansami wycenionymi na 0,54 xG, a Brentford – 0,46 xG. O obrazie obu meczów najlepiej mówi statystyka pojedynków w powietrzu. Z Crystal Palace było ich 66, z Brentford – 80. Dla kontekstu – średnia dla jednego meczu w tym sezonie Premier League wynosi 33 pojedynki powietrzne.
Leeds Daniela Farke w obecnym sezonie chwalimy za intensywność w grze oraz zmianę profilu zespołu na bardziej fizyczny, dzięki czemu adaptacja w Premier League okazała się znacznie łatwiejsza niż się spodziewano. W ostatnich spotkaniach trafili jednak na zespoły, które na fizyczność postanowiły odpowiedzieć fizycznością i z takiej mieszanki wyszły trudne w odbiorze mecze. Dla kibiców mogły być one okropne, ale dla trenera Pawi już nie. Leeds ciągle jest trudne do pokonania, w niewielu meczach jest gorsze od przeciwników i regularnie zdobywa punkty przybliżając się do utrzymania. Jedyne co może martwić Daniela Farke to nieumiejętność zdobywania bramek. To był już czwarty mecz z rzędu Leeds na „zero z przodu”.
Arsenal dostarczył kolejnych argumentów, że mentalnie nie jest gotowy na mecze o ogromną stawkę
Arsenal przegrał w finale Carabao Cup z Manchesterem City (0:2) i kolejna szansa na trofeum uciekła zespołowi Mikela Artety. Chciałoby się napisać, że na Wembley Kanonierzy byli zespolem nie do poznania, bo w niczym nie przypominali ekipy, która do tego czasu miała szansę na cztery trofea w tym sezonie, jest liderem tabeli Premier League, a w fazie ligowej Champions League zdobyła komplet punktów. Niemniej jednak, taką wersję Arsenalu w ostatnich miesiącach mieliśmy już okazję oglądać. Zespół nastawiony defensywnie, nie podejmujący ryzyka, często schowany za podwójną gardą i nie potrafiący wykorzystać swoich atutów. W starciu z Manchesterem City taka drużyna wyszła na drugą połowę. Od gwizdka rozpoczynającego drugą część spotkania do trafienia na 2:0 zespół Pepa Guardioli wymienił ponad trzy razy więcej podań i zanotował więcej kontaktów z piłką w polu karnym przeciwnika (18) niż podopieczni Artety na połowie rywala (12).
Taka wersja Arsenalu nie jest nowością. Miesiąc temu, po serii nieprzekonujących meczów, których kulminacja był remis z Wolves, gdy Kanonierzy wypuścili dwubramkowe prowadzenie napisaliśmy tekst, w którym postawiliśmy tezę, że presja na mistrzostwo zaczyna paraliżować zespół. Druga połowa z Manchesterem City była kolejnym argumentem na obronę takiej teorii. Arsenal ma ewidentny problem mentalny, gdy są już coraz bliżej trofeum. Jeden z najlepszych zespołów na świecie traci swoje umiejętności. Negatywne oddziaływanie presji widać przede wszystkim w fazie posiadania piłki – zarówno w decyzjach, jak i egzekucji. Jeśli piłkarze unikają gry pod pressingiem rywala, wolą zagrać dalekie podanie, pojawia się więcej niedokładności, a w defensywie cofają się bliżej własnej bramki to są oznaki braku pewności siebie. Kanonierzy są zespołem, w którym chyba najbardziej widać zbiorowe działanie presji.
Co jeszcze wydarzyło się w 31. kolejce Premier League?
- Tottenham coraz bliżej spadku z Premier League. W obecnej kolejce zespół Igora Tudora przegrał na własnym stadionie z Nottingham Forest (0:3), które do meczu przystąpiło po rozegranych 120 minutach w czwartek.
- Spurs nie spadli jednak do strefy spadkowej, ponieważ West Ham również przegrał swój mecz. Zespół Nuno Espirito Santo na Villa Park poniósł porażkę 0:2.
- Sunderland po raz drugi pokonał Newcastle w derbach. Tym razem wywiózł 3 punkty z St. James’ Park (zwycięstwo 2:1), mimo że w wyjściowym składzie wyszedł tylko jeden podstawowy zawodnik z linii obrony.
- Fulham ciągle jest w grze o europejskie puchary. Zespół Marco Silvy w 31. kolejce Premier League pokonał przed własnymi kibicami Burnley (3:1).
