Co za mecz w Mexico City! Anglia i Meksyk zaproponowali tym, którzy wytrzymali, czekając do godziny 3 naszego czasu na pierwszy gwizdek, prawdziwe delicje. Widowiskowe tempo, zwroty akcji, napięcie aż do końca – to wszystko wynagrodziło zarwaną nockę każdego kibica. El Tri długo gonili wynik, dwa razy zdobyli bramkę kontaktową, przez około pół godziny grali w przewadze jednego zawodnika, ale ostatecznie musieli uznać wyższość zespołu z Europy.
Anglia nie była podczas tego turnieju oszczędzani. Każdy jej rywal, poza Chorwacją, charakteryzował się stylem gry, który w dużej mierze opierał się na przeszkadzaniu. Stąd w meczach z Ghaną, Panamą oraz Demokratyczną Republiką Konga ogromne męki. Teraz los przydzielił im kolejną taką ekipę, czyli Meksyk.
El Tri różnili się jednak od poprzednich rywali Anglików tym, że pokazywali naprawdę przyjemną i przede wszystkim intensywną piłkę. Przekonali się o tym Korea Południowa, czy Ekwador. Gospodarze turnieju zamierzali w końcu przełamać magiczną granicę 1/8 finału, której nie potrafili przekroczyć. Zapowiadało się bardzo ciekawe starcie.
Fenomenalny ostatni kwadrans Meksyku i Anglii
Ale nie od razu Rzym zbudowano. Z początku rywalizacja była intensywna, a mimo to zamknięta. Żywiej rzecz jasna poczynał sobie Meksyk, który posiadał atut własnego boiska (co na tym mundialu nie jest oczywiste), ale jego rywal nie dał się zaskoczyć tak, jak z Kongijczykami. Pokazywał właściwe przygotowanie na to, co chciał zaoferować północnoamerykański zespół. Następowało więc gruntowne badanie się, przerwane tylko na chwilę przez Jimeneza, który postraszył Anglików strzałem szczupakiem. Jordan Pickford popisał się w tej sytuacji refleksem na linii.
Piłkarze trenera Javiera Aguirre mogli podobać się bardziej. Optycznie prezentowali się lepiej zarówno w fazach bez piłki, jak i w konstrukcji akcji. Grali bardzo zdecydowany, dynamiczny i wertykalny futbol, przepełniony pasją oraz jednocześnie klasą. Momentami wydawało się, że mają 12 piłkarzy na boisku. Dla Lwów Albionu na pewno nie było to wygodne starcie. Te jednak obrały rozsądną taktykę. Pod pressingiem przeciwnika nie popełniali błędów, a ustawiając się nisko, radzili sobie z obiecującymi kombinacjami Meksykan. Bardzo utrudniali wejście w swoje pole karne.
Taktyka zdała egzamin. Tuż po rozpoczęciu trzeciego kwadransa gry wyspiarze objęli prowadzenie. Pickford błyskawicznie wznowił, podając do Declana Rice’a. Pomocnik Arsenalu pociągnął akcję na kilkadziesiąt metrów, po czym uruchomił Bukayo Sakę. Po dryblingu poszło w szesnastkę miękkie dośrodkowanie, które wykończył wbiegający Jude Bellingham. Chwilę później wyższe podejście poskutkowało drugim trafieniem. Stratę zanotował Gilberto Mora i przez to po podaniu Harry’ego Kane’a Bellingham mógł skompletować dublet. Uderzył między nogami Erika Liry, próbującego ofiarnie oszukać przeznaczenie.
Gospodarzom turnieju nie żarło z gry, ale zażarło ze stojącej piłki i błyskawicznie udało się im odpowiedzieć. Centrę z rzutu wolnego w pierwsze tempo podopieczni Thomasa Tuchela jeszcze obronili, ale piłka odbiła się w okolice siódmego metra. Tam czekał Julian Quinones, dając drużynie kontakt po mocnym, instynktownym woleju. Końcówka to w ogóle oblężenie pola karnego angielskiego zespołu. Dwie szanse miał Jimenez, a po jego główce jeszcze Cesar Montes znalazł się w dogodnej sytuacji. Wtedy z poświęceniem zatrzymał go Bellingham.
Jedenastki sypały się jak z rękawa
Po podwyżce tempa z poprzedniej połowy nie było już odwrotu. Spotkanie na dobre nabrało rumieńców. W 49. minucie Nico O’Reilly prawie podwyższył rezultat po niesygnalizowanym strzale sprzed szesnastki, lecz trafił w słupek. Anglicy mieli dobre momentum, które swoim faulem przekreślił Jarell Quansah. Defensor korkami potraktował nogę Jesusa Gallardo. Po weryfikacji VAR sędzia uznał zagranie za zbyt niebezpieczne i pokazał zawodnikowi Liverpoolu czerwoną kartkę.
Choć Lwy Albionu zostały osłabione, to… strzeliły gola. Szybki atak poskutkował wywalczeniem rzutu karnego przez Anthony’ego Gordona. W 60. minucie Kane pewnym strzałem pokonał Raula Rangela, choć bramkarz, który jedenastkę sprokurował, wyczuł jego intencje.
Zintensyfikowanie wysiłków przez El Trich w końcu przyniosło owoce. Oni również wywalczyli karnego. Faulującym we własnej szesnastce piłkarzem był Kane. Do próby nerwów podszedł w 69. minucie Jimenez. Napastnik w końcu się wstrzelił, doprowadzając do ponownego kontaktu. Pickford, podobnie do Rangela, rzucił się w dobrą stronę, ale nie sięgnął piłki.
Oblężenie bramki angielskiego zespołu trwało. Długo Meksykanom brakowało konkretów, ale rzadko schodzili z przeciwnej połowy. W pole karne graczy trenera Tuchela posyłanych było pełno dośrodkowań. W końcu w 80. minucie jedno z nich, z rzutu rożnego, odnalazło w dogodnej pozycji Edsona Alvareza, który uderzył bardzo niecelnie. Niedługo potem sytuacyjny strzał nie wyszedł również Santiago Gimenezowi. Na wiwat huknął też z dystansu Alvaro Fidalgo, lecz trafił w środek bramki.
Meksykanom sztuka trafienia między słupki nie udała się po raz trzeci, choć w doliczonym czasie doprowadzili do nerwówki w wykonaniu Europejczyków. Mimo że oddali pełno zdrowia, aktualna pozostaje klątwa 1/8 finału. Z kolei Anglicy zameldowali się w ćwierćfinale – bądź co bądź zasłużenie, bo wytrzymali napór rywala, grając w osłabieniu. W kolejnej rundzie czeka ich starcie z Norwegią.

