Belgia chyba wyczerpała szczęście na najbliższych kilka meczów. Bardzo długo nieskutecznie goniła wynik, ale rzutem na taśmę doprowadziła do dogrywki. W niej, również rzutem na taśmę, zdobyła zwycięską bramkę. Senegal zamienił się więc z Czerwonymi Diabłami miejscami w piekle. Roztrwonił przecież prowadzenie 2:0.
Choć Belgia wygrała swoją grupę, a Senegal we własnej walczyła do ostatniej kolejki o wyjście z niej z 3. miejsca, to lepsze wrażenie po fazie grupowej pozostawili ci drudzy. W końcu mieli znacznie mocniejszych rywali w postaci Francji oraz Norwegii. Z kolei Kevin De Bruyne i spółka męczyli się z Egiptem i Iranem. Dopiero z Nową Zelandią rozprawili się gładko, lekko zacierając wrażenie, że są sytymi kotami. Jednak w starciu z Lwami Terangii wspomniane odczucie na dłuższy moment wróciło.
Senegal waleczny jak lew
Belgowie zaliczyli nijakie wejście w spotkanie. Byli bezbarwni na tle pomysłowo i cierpliwie przeprowadzającego akcje Senegalu. W obronie zachowywali zbyt dużo bierności. Nie potrafili dłużej utrzymać się przy piłce, a to przez agresywną postawę Lwów Terangi w centralnej strefie. Największe zagrożenie pod bramką Thibaulta Courtoisa pochodziło z ataków bocznymi sektorami. Czerwone Diabły zostawiali na flankach zbyt dużo miejsca.
A podopieczni Pape Thiawa doskonale czuli się w takich warunkach. Rozgrywali spokojnie, ale sprawnie i płynnie. Utrzymywali dobry rytm, wiedząc kiedy przyspieszyć. Głównym adresatem ostatnich podań był Ismaila Sarr, którego trudno było skutecznie wyłączyć z gry. Senegalczyk okazał się kluczowy. Najpierw znalazł się w niezłej sytuacji w 13. minucie, ale trafił w słupek. 12 minut później ponownie finalizował dośrodkowanie i znów obił słupek, lecz tym razem przytomnie w szesnastce zachował się Habib Diarra, dobijając strzał kolegi. Sama akcja bramkowa to przykład dużej kultury gry afrykańskiego zespołu. Nim wyprowadzili cios, wymienili wiele podań, budując fundament pod powodzenie akcji.
Piłkarze Rudiego Garcii pewnie kontynuowaliby tak mierną grę, gdyby ich rywale się nie cofnęli. Z czasem się rozkręcali i w końcówce pierwszej połowy weszła na właściwe obroty. Miała więcej swobody w środku pola, który jest ważny dla taktyki przez nich reprezentowanej. Mory Diaw musiał wykazać się refleksem po odbitym w światło bramki przez Ismaila Jakobsa dośrodkowaniu Jeremy’ego Doku. Potem pofrunął, zatrzymując bombę Maxima De Cuypera. Po gwizdku sędziego na przerwę wniosek był jeden – jecz jeszcze nie został zamknięty.
Comeback Belgii w wielkim stylu
Trener Thiaw prawdopodobnie doszedł do wniosku, że jego zespół zbyt mocno się wycofał w ostatnich minutach minionej części gry. Przeszłości zmienić nie mógł, ale przyszłość już tak. Lwy Terangi znów zamurowali środkową strefę i starali się lepiej wypychać przeciwników. To im wychodziło, bo Belgowie klepali tylko piłkę po linii obrony. Do tego doszły starania o drugą bramkę, którą szybko udało się im zdobyć. Ciasteczko za linię obrony do Sarra posłał Moussa Niakhate. Napastnik perfekcyjnie przyjął piłkę klatką piersiową i, upadając, silnym uderzeniem z woleja pokonał bramkarza. Courtois jedynie się temu przyglądał.
Czerwone Diabły potrzebowały impulsu, więc na boisku pojawili się Nicolas Raskin oraz Dodi Lukebakio, którzy dołączyli do wprowadzonego tuż po przerwie Romelu Lukaku. Co ciekawe, zastąpili oni… Kevina De Bruyne i Doku. Od tamtej pory zespół z Europy miał inicjatywę, bo też mający dwubramkowe prowadzenie Senegal lekko spuścił z tonu. Konkrety jednak się nie pojawiały. Większość prób strzałów kończyła zablokowana przez senegalskich defensorów.
Belgia długo biła głową w mur. Widmo odpadnięcia z mundialu coraz bardziej się zbliżało. Nic nie zapowiadało, że Afrykanie wypuszczą zwycięstwo z rąk. Lecz nie takie historie widziały mistrzostwa świata. Sygnał do odrabiania strat dał Lukaku. Napastnik wygrał walkę o pozycję w polu karnym i po podaniu Thomasa Meuniera z bliskiej odległości dał kontakt zespołowi. Była 86. minuta, więc czasu niewiele, ale piłkarzom trenera Garcii potrzebne były zaledwie trzy minuty, aby wyrównać. Centrę Leandro Trossarda sfinalizował Youri Tielemans. Gol by nie padł, gdyby Diaw trafił w piłkę, kiedy wyskoczył, aby ją wypiąstkować.
Europejska drużyna równie dobrze mogła jeszcze wygrać to spotkanie w ciągu podstawowych 90 minut. Gdy się rozpędziła, była nie do powstrzymania. Trzeciej bramki nie dołożyła, co skutkowało koniecznością rozegrania dogrywki.
Zadecydował rzut karny
Rozpoczęło się chaotycznie – jakby oba zespoły chciały zdobyć bramkę jak najszybciej. Przez to posiadanie piłki ciągle się zmieniało. Jednak po krótszej chwili Belgowie zaczęli częściej nią grać. Stało się to po roszadach w jedenastce drużyny z Afryki. Te wymagały paru minut, aby się przyjąć. Gdy już nowi zawodnicy się wkomponowali, sytuacja się nieco uspokoiła. Co nie znaczy, że zupełnie, bo pod bramką Diawa należało nieustannie zachowywać koncentrację.
Natomiast w drugiej części Lwy Terangi zaczęły dochodzić do głosu. Sprawę do zamknięcia prawie doprowadził Ibrahim Mbaye, ale po wyłożeniu mu piłki przez Barę Ndiaye źle dołożył stopę i chybił. Po drugiej stronie przez wprowadzenie Amadou Onany za Trossarda postawiono na lepsze zabezpieczenie szyków i potencjalnych własnych ataków.
Nastąpiła 117. minuta, gdy Czerwone Diabły przeprowadziły jedną z ostatnich akcji. Świetną szansę miał Dodi Lukebakio, który huknął w poprzeczkę. Nim piłkarz Benfiki oddał uderzenie, w stykowym pojedynku z Laminem Camarą ucierpiał Tielemans. VAR przyjrzał się temu i po dłuższej analizie podyktował rzut karny. Cały atak zakończony faulem rozpoczął… Onana. Do jedenastki stanął sam poszkodowany, który nie dał bramkarzowi żadnych szans.
Podopieczni trenera Garcii dopełnili więc powrót z dalekiej podróży. W dramatycznych okolicznościach zameldowali się do 1/8 finału mundialu.

