Koniec sezonu już coraz bliżej. Za nami 32. kolejka Ekstraklasy, a po minionym weekendzie omawiamy szerzej 5 wybranych tematów: nowa miotła Rakowa, dziura po Alim Gholizadehu, gotowość Lechii do gry o utrzymanie, potrzeba napastnika w Górniku oraz brak goli Cracovii.
Raków wygrał, ale efektu nowej miotły nie było
Raków Częstochowa po przegranym finale Pucharu Polski zwolnił Łukasza Tomczyka, który pod Jasną Górą wytrwał tylko około 4 miesięcy. W jego miejsce do końca sezonu zatrudniony został Dawid Kroczek, który w rundzie jesiennej pełnił funkcję asystenta Marka Papszuna, a wraz z przyjściem Tomczyka został przesunięty do działu skautingu. Trudno powiedzieć jak długo popracuje Kroczek, natomiast Raków w obecnym sezonie ma jeszcze cel do wykonania, jakim jest awans do eliminacji europejskich pucharów (a najleoiej jak najwyższe miejsce w lidze, ponieważ ułatwi to wejście do fazy ligowej któregoś z europejskich pucharów). Właściciel Michał Świerczewski musi być tego świadomy i być może zmiana trenera miała przynieść popularny efekt „nowej miotły”.
Raków w 32. kolejce Ekstraklasy wygrał na własnym stadionie z Koroną Kielce (2:0), a więc wydaje się, że zmiana na stanowisku szkoleniowca zadziałała, natomiast obserwując grę Rakowa trudno dojść do podobnych wniosków. To nie tak, że zespół z Częstochowy wygrał niezasłużenie, ale raczej nikt nie postawi tezy, że pod wodzą Łukasza Tomczyka nie zagrałby takiego meczu. Raków był po prostu solidny i skuteczny, a to wystarczyło w domowym meczu z zespołem walczącym o utrzymanie. Przy efekcie „nowej miotły” można odnieść wrażenie, że piłkarze grają z większą werwą, z większą energią, a po wicemistrzach Polski tych cech nie było widać. To był Raków jaki wszyscy dobrze znamy, ale to powinno wystarczyć, aby zagwarantować sobie grę w eliminacjach europejskich pucharów.
Raków Częstochowa 2:0 Korona Kielce
Stracone punkty Lecha można przypisać kontuzji Gholizadeha
Lech Poznań dał rywalom tlen w wyścigu o mistrzostwo Polski tracąc punkty u siebie z najgorszą wyjazdową drużyną tego sezonu, czyli z Arką Gdynia (1:1). Dla Kolejorza był to pierwszy mecz po kontuzji Aliego Gholizadeha. Brak Irańczyka w piątkowym meczu był widoczny. Drużyna Nielsa Frederiksena wypracowała sobie ogromną przewagę nad Arką. Mecz zakończyli – według statystyk portalu Fotmob – z 81%-owym posiadaniem piłki, w polu karnym przeciwnika zanotowali aż 64 kontakty z piłką w polu karnym, ograniczyli Arkę do 57%-owej celności podań, wymienili ponad 6 razy więcej podań od przeciwnika oraz dokładnie 11 razy więcej podań na połowie atakowanej. Przewaga optyczna była ogromna, ale nie wystarczyła do zwycięstwa.
W Kolejorzu wiele elementów funkcjonowało jak należy. Gdy trzeba było wyjść spod pressingu (co zdarzało się rzadko), nie było z tym problemu. Gospodarze skutecznie przenosili piłkę pod pole karne rywala, ale schody pojawiały się, gdy trzeba było zaskoczyć dobrze zorganizowaną i bardzo głęboko broniącą defensywę przyjezdnych. To był mecz, w którym Lech potrzebował indywidualnej jakości piłkarzy ofensywnych, a tą wiosną dotychczas najczęściej gwarantował Ali Gholizadeh. Można postawić tezę, że przy takiej przewadze zespołu udałoby mu się znaleźć miejsce do zejścia na lewą nogę i oddania strzału po dalszym słupku. A nawet jeśli Irańczyk nie trafiłby do siatki to pomógłby zespołowi w kreowaniu sytuacji, wejściach w pole karne oraz kombinacyjnej grze. Mecz z Arką pokazał, że po kontuzji Gholizadeha piłkarze Lecha będą musieli dać z siebie więcej, aby odnosić zwycięstwa i nie dać się dogonić w walce o tytuł.
Lechia nie jest zespołem stworzonym do walki o utrzymanie
Na samym starcie sezonu Lechię Gdańsk niemal każdy typował do spadku ze względu na pięć ujemnych punktów. Zespół pod wodzą Johna Carvera jednak zaskoczył wszystkich swoim ofensywnym sposobem gry i od końcówki rundy jesiennej bardzo często dodawano wirtualnie zespołowi te 5 punktów, aby sprawdzić, gdzie byliby w tabeli. Powtarzano, że gdyby nie ta kara biało-zieloni walczyliby o awans do europejskich pucharów. Wystarczyła jednak jedna słabsza seria (1 punkt w 5 ostatnich meczach) i na dwie kolejki przed końcem sezonu Lechia wylądowała w strefie spadkowej.
Dla kibiców włączenie się ich ulubieńców do walki o pozostanie w lidze musi być niepokojące tym bardziej, że Lechia nie wygląda na drużynę, która ma atuty w takiej grze pod presją. W Gdańsku zbudowali najmłodszy zespół w całej lidze, w którym brakuje „solidnych ligowców”, którzy w trudnych momentach wniosą doświadczenie. John Carver natomiast ze swoim sposobem gry wpisał się w struturę wiekową drużyny, ponieważ postawił na bardzo ofensywny, bezkompromisowy sposób gry. Lechia więc nie przypomina klasycznego zespołu walczącego o utrzymanie (nie tylko w Ekstraklasie), co może być atutem, jednak bardziej wygląda na złą informację dla klubu.
Górnik potrzebuje bramkostrzelnego napastnika
Po zdobyciu Pucharu Polski Górnik mógł pójść za ciosem i wywrzeć większą presję na Lecha w walce o tytuł, ale do Zabrza przyjechało Zagłębie i zabrało komplet punktów, wygrywając 2:0. Zespół Leszka Ojrzyńskiego zagrał w swoim stylu. Oddał inicjatywę, sporo czasu spędzał w obronie niskiej i zmusił przeciwnika do ataków pozycyjnych. Podopieczni Michala Gasparika oddali łącznie aż 25 strzałów, ale często musieli próbować z dystansu lub pozycji o niewielkim prawdopodobieństwie zdobycia bramki. Górnik przy takim przebiegu gry często ma kłopoty, aby trafić do siatki oraz wygrać spotkanie, ponieważ nie ma bramkostrzelnego napastnika.
Podstawową „9-tką” Zabrzan jest Sondre Listeth. Norweg bez wątpienia ma wiele atutów w utrzymaniu piłki, grze tyłem do bramki oraz pracy dla zespołu, natomiast nie gwarantuje goli. W obecnym sezonie jego dorobek wynosi 7 goli, co nie jest najgorszym wynikiem, natomiast ostatni raz do siatki trafił 28 lutego. Od tego czasu zespół rozegrał 11 meczów we wszystkich rozgrywkach. Po Sondre Lisethie widać, że nie jest on typowym napastnikiem. Gdy poprzedniej zimy przychodził do Górnika Zabrze, klub w oficjalnym komunikacie określił go jako pomocnika. Michal Gasparik zobaczył w nim jednak napastnika (na tej pozycji wcześniej też grał w swojej karierze), dobrze wykorzystał jego atuty, ale braki – przede wszystkim podczas ataków pozycyjnych – są widoczne.
Cracovia sama jest sobie winna, że ciągle musi walczyć o utrzymanie Ekstraklasy
Jeśli zmiana trenera w Cracovii miała rozwiązać problem zespolu ze strzelaniem goli to nic z tego nie wyszło. Bartosz Grzelak po przejęcie Pasów rozegrał trzy mecze, w których jego zespół zdobył tylko jedną bramkę. Lepiej wygląda bilans zdobytych punktów (3, każdy mecz zremisowali). Biorąc jednak pod uwagę, że dwa ostatnie mecze kończyli w przewadze jednego zawodnika, brak zwycięstwa, które w obecnej sytuacji w tabeli byłoby bezcenne musi być bardzo rozczarowujące. Przed tygodniem z Zagłębiem Cracovia przez godzinę grała w jedenastu na dziesięciu, ale nie zdołali trafić do siatki. W minionej kolejce Ekstraklasy przeciwko Radomiakowi w przewadze liczebnej grali od 60. minuty i znów futbolówka ani razu nie wpadła do siatki.
W tych meczach dostaliśmy gotową odpowiedź dlaczego Cracovia na dwie kolejki przed końcem sezonu nie może być pewna utrzymania. Zespół Bartosza Grzelaka ma ogromne problemy w ofensywie, nie tylko ze strzelaniem goli, ale także z kreowaniem sytuacji. Nawet grając w przewadze jednego zawodnika w ostatnich meczach z trudem przychodziło im tworzenie dogodnych okazji. Głównie bazowali na dośrodkowaniach w pole karne, na co rywale byli przygotowani. Innego sposobu na zaskoczenie defensywy przeciwnika nie mieli.
Co jeszcze działo się w 32. kolejce Ekstraklasy?
- Jagiellonia Białystok nie składa broni w walce o tytuł. Zespół Adriana Siemieńca pokonał u siebie Pogoń Szczecin (3:2) i awansował na pozycję wicelidera tabeli, zrównując się punktami z Górnikiem i Rakowem.
- Szansę na wicelidera miał GKS Katowice, ale zespół Rafala Góraka bezbramkowo zremisował na wyjeździe z Piastem, który powoli zbiera punkty potrzebne do utrzymania.
- Widmo strefy spadkowej oddalił od siebie Motor Lublin, który po serii trzech porażek z rzędu i pięciu bez zwycięstwa w Płocku wysoko wygrał z Wisłą (4:0).
- Odetchnąć z ulgą mogą w końcu w stolicy Polski. Legia na wyjeździe wygrała z Bruk-Betem (1:0), zachowała kolejne czyste konto i mając 43 punkty na koncie mogą już zapomnieć o walce o utrzymanie.
