Majówka polskiego kibica składa się z 4 świąt. Święto Pracy, Dzień Flagi, Święto Konstytucji 3 Maja, a także finał Pucharu Polski na Stadionie Narodowym. Raz do roku do stolicy zjeżdżają się dwie najwytrwalsze w kraju drużyny, a za nimi ponad 50 tysięcy kibiców. Tym razem zmierzyły się zespoły, które różnie sobie w ostatnich latach radziły. Raków Częstochowa jest już swego rodzaju stałym bywalcem. Dla ekipy spod Jasnej Góry to był już 4. finał w ciągu ostatnich 6 lat. Górnik Zabrze natomiast nieco już zapomniał, jak to jest zaznać zwycięstwa w Pucharze Polski. Po raz ostatni sięgnęli po to trofeum aż 54 lata temu. Forma obu klubów przed meczem? Doskonała. Górnik i Raków były niepokonane w 5 ostatnich meczach ligowych.
Da się wymarzyć lepszy moment na pierwszą bramkę w klubie?
Oba kluby zdecydowanie miały o co grać. Stawką było nie tylko trofeum, ale też i 3. runda eliminacji Ligi Europy. A co za tym idzie, przynajmniej ostatnia w kwalifikacjach do Ligi Konferencji. Na trybunach zdecydowanie przeważali kibice Górnika i to ich było bardziej słychać. Natomiast jako pierwszy dobrą okazję miał Raków. Jean Carlos pociągnął akcję skrzydłem i zagrał w pole karne. Tam czekał Jonatan Braut Brunes i Norweg oddał strzał. Piłka leciała w światło bramki, lecz przytomnie interweniował Erik Janža. Częstochowianie przejęli inicjatywę na dobre, spychając rywali do defensywy. Nigdzie im się przy tym nie śpieszyło, spokojnie rozgrywali piłkę między sobą. Posiadanie piłki podopiecznych Łukasza Tomczyka utrzymywało się w okolicach 70%. Konkretów po pierwszym kwadransie brakowało, ale mieli jeszcze na to czas.
Dopiero po około 20 minutach Górnik opuścił nieco gardę i sam ruszył do przodu. Pierwszy strzał oddał Maksym Chłań, ale Ukrainiec był daleki od zagrożenia przeciwnikowi – trafił w swojego kolegę. Potem olimpijczyk z Paryża próbował strzelać z rzutu wolnego, ale również bezskutecznie. Widać było, że obu zespołom zależało na zwycięstwie, bo w ich grze widać było zachowawczość. W końcu finały się nie gra, a wygrywa. Traciło niestety na tym samo widowisko. Górnik zaczął przeważać w tym spotkaniu i to podopieczni Michala Gašparíka prowadzili grę. Z innym skutkiem, niż rywale z Częstochowy, dużo lepszym. W 32. minucie Górnik dostał rzut rożny. Po niezłej wrzutce Janžy główkował Roberto Massimo i Niemiec wcisnął piłkę między słupkiem a ręką Oliwiera Zycha. Pierwszy celny strzał w meczu i od razu gol. Ale konia z rzędem temu, kto obstawiał, że gola strzeli akurat Massimo.
Kiepsko Raków na boisku…
Górnik poczuł krew po trafieniu otwierającym wynik. Zespół z Górnego Śląska nie cofnął się na swoją połowę, w nadziei na dowiezienie tego wyniku do końca. Przeciwnie, nabrali animuszu i dążyli do podwojenia swojej przewagi. 5 minut później uderzył Sondre Liseth, lecz za lekko. Raków z kolei wyglądał mizernie. Stracona bramka wyraźnie wybiła Częstochowian z rytmu. Kiedy znajdowali się w posiadaniu piłki, to nie decydowali się na jakieś odważniejsze zagrania, w stronę bramki Marcela Łubika. Zamiast tego spokojnie wymieniali podania między sobą. Aż dziwne trochę, bo już nie mieli w sumie czego bronić.
Do przerwy Raków nic nie wskórał, po przerwie już coś zaczął kombinować. Z boiska zszedł kompletnie niewidoczny Patryk Makuch, a wszedł Lamine Diaby-Fadiga. W samej grze, na początku drugiej połowy, niewiele się zmieniło. Podopieczni Łukasza Tomczyka byli niedokładni, widać było po nich, że są zdenerwowani. Jak było źle, tak źle się utrzymywało. To był najlepszy moment dla Częstochowian, by wreszcie się otrząsnąć i wziąć do pracy, bo czasu nie mieli wcale aż tak dużo. Na 30 minut przed końcem spotkania wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na tryumf Górnika. Raków miał jedynie przebłyski. W 61. minucie Ivi López nieźle urwał się obrońcom i wrzucił piłkę w pole karne. Wykańczał Diaby-Fadiga, ale Francuz nie mógł tego zamienić na gola.
GÓRNIK TO ZROBIŁ!
W 64. minucie Zabrzanie powinni byli prowadzić 2:0. Ciężko zrozumieć, jak mogli nie wykorzystać takiej okazji. Jarosław Kubicki znalazł się w polu karnym, zupełnie niepilnowany. Chciał zagrać zespołowo, i tutaj na swoje nieszczęście, zupełnie niepotrzebnie. Zagrał do Lisetha, a Norweg został zablokowany. Przekombinowali Trójkolorowi. Mówi się, że niewykorzystane okazje się mszczą. To prawda, pod warunkiem, że rywal stwarza realne zagrożenie. A dosłownie minutę później obrońcy zachowali się karygodnie, gdy przy piłce znalazł się Chłań. Ukrainiec pociągnął akcję indywidualnie, wyczuł moment na strzał i zdobył drugą bramkę dla Górnika.
Potrzeba było stracić 2 gole, żeby Raków podkręcił wreszcie tempo. Podopieczni Łukasza Tomczyka mieli pewien pomysł – uderzenia z dystansu. W 75. minucie w końcu oddali pierwszy celny strzał. Potężnie huknął Marko Bulat, ale Marcel Łubik był w gotowości. Lepiej późno, niż wcale. W tym momencie musieli już wszystko postawić na jedną kartkę. I choć rzeczywiście gra ekipy spod Jasnej Góry się nieco poprawiła, to Górnik nie był tym zaniepokojony. Z dużą dozą pewności siebie Zabrzanie kontrolowali przebieg meczu. Kibice Górnika także wychodzili z takiego założenia, bo już powoli zaczęli świętowanie na trybunach. Jeszcze pod sam koniec czerwoną kartkę zarobił Brunes, za brutalne i, powiedzmy to wprost, kretyńskie wejście w nogi Lukasa Podolskiego.
Lata 70. to złoty okres w historii Górnika Zabrze, a szczególnie ich początek, między 1970 a 1972 rokiem. Wtedy to zespół z Górnego Śląska awansowali do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, 2 razy zostali mistrzami Polski i 3-krotnie wygrywali Puchar Polski. Tego ostatniego trofeum nie zdobyli właśnie od 1972 roku. Dziś, po ponad pół wieku czekania, podopieczni Michala Gasparika nawiązali do tych czasów. Zwycięstwo w finale nie było przypadkiem, Zabrzanie zasłużyli na nie w 100%. A Lukas Podolski w końcu spełnił swoje marzenie i wygrał coś ze swoim ukochanym Górnikiem. W końcu jego klub wreszcie będzie mógł wrócić na europejskie salony. A może być i jeszcze lepiej, może i o Ligę Mistrzów powalczą. Ten mecz pokazał, że są w stanie tam się pokazać.
