Arsenal wygrał mecz, który mógł okazać się koszmarem

Arsenal wygrywa na papierze najtrudniejszy mecz, jaki został mu do końca ligowego sezonu. Zostało jeszcze domowe spotkanie ze zdegradowanym Burnley i wyjazd na Selhurst Park, gdzie Crystal Palace nie gra już o nic w lidze, a kilka dni później ma finał Ligi Konferencji. Jeśli więc ktoś miał jeszcze zatrzymać Kanonierów, to właśnie West Ham. Nie zatrzymał.

Nie był to wielki występ Arsenalu

Raczej mecz z tych, które w drugiej części sezonu drużyna Mikela Artety wygrywa dość często: nie do końca przekonująco, momentami nerwowo, ale z czystym kontem i kompletem punktów. W maju styl ma jednak mniejsze znaczenie. Liczy się tabela.

REKLAMA

Arsenal bardzo dobrze zaczął. Przez pierwsze minuty wyglądał jak zespół, który szybko chce zamknąć temat i nie dać West Hamowi żadnego punktu zaczepienia. Problem w tym, że dobra gra skończyła się po 28. minucie, gdy z powodu kontuzji boisko opuścił Ben White. Sam uraz Anglika był kłopotem, ale jeszcze większym okazała się reakcja na tę sytuację. Declan Rice został przesunięty na prawą obronę, a Arsenal stracił w środku pola zawodnika, który najlepiej trzymał mu ten mecz w ryzach. Od tego momentu goście przestali kontrolować spotkanie tak, jak wcześniej. Częściej grali dłuższym podaniem, trudniej było im spokojnie przechodzić przez środek, a West Ham poczuł, że agresją w centralnej strefie można wybić rywala z rytmu. I to się gospodarzom przez długi czas udawało.

Najwięcej konkretów Arsenal miał po lewej stronie

Leandro Trossard z bocznym obrońcą, który daje opcję do zagrania na wolne pole i idzie na obieg, wygląda po prostu dużo lepiej. Belg nie jest skrzydłowym od biegania na pustą przestrzeń przez pół boiska. Jego atuty widać wtedy, gdy może wejść w małą grę, pograć na jeden kontakt, znaleźć sobie miejsce między rywalami. Powrót Riccardo Calafioriego mocno pomógł tej stronie. Włoch dał dynamikę, odwagę i współpracę, której Arsenalowi na lewej flance brakowało. Nietypowe było też to, że Kanonierzy częściej szukali właśnie lewej strony. Można było odnieść wrażenie, że West Ham świadomie spychał ich w tamten sektor, mocniej zabezpieczając stronę Bukayo Saki. Anglik był dziś odcięty od gry i praktycznie nie dostawał piłek w komfortowych sytuacjach. Sam też nie wyglądał jednak najlepiej. Był daleko od swojej optymalnej wersji i sprawiał wrażenie piłkarza, który wciąż ciągnie za sobą problemy zdrowotne.

Ten mecz dał też odpowiedź, dlaczego w ostatnich spotkaniach Myles Lewis-Skelly grał kosztem Martina Zubimendiego. Hiszpan wszedł na boisko w 28. minucie, a zszedł już w 66. Nie uspokoił gry, nie dał kontroli i nie wyglądał jak ktoś, kto w takim spotkaniu może przejąć odpowiedzialność za środek pola. Trudno też zrozumieć, dlaczego po przerwie, gdy Arteta uznał, że trzeba wprowadzić Mosquerę na prawą obronę i przywrócić Rice’a do środka, z boiska zszedł akurat Calafiori. Lewis-Skelly przeszedł na lewą obronę, a Arsenal stracił zawodnika, który dawał mu bardzo dużo w ofensywie po tej stronie.

Arteta po kontuzji White’a trochę pogubił się ze zmianami

Lepiej wyglądały dopiero późniejsze decyzje: wejście Odegaarda, Havertza i Madueke. Arsenal potrzebował jakości z ławki i ją dostał. Ostatecznie wystarczyło do przepchnięcia meczu.

West Ham zaczął ustawieniem z pięcioma obrońcami po raz pierwszy od połowy marca, gdy grał z Manchesterem City. Młotom remis niewiele dawał w walce o utrzymanie, więc można było się zastanawiać, kiedy Nuno Espirito Santo bardziej otworzy zespół. Zrobił to dopiero po straconej bramce, zdejmując jednego ze środkowych obrońców i wprowadzając dodatkowego piłkarza ofensywnego.

Sam pomysł z 5-4-1 trzeba jednak ocenić na plus

Poza początkiem spotkania West Ham bronił się dobrze i długo nie pozwalał Arsenalowi na swobodne wejścia w pole karne. Wymowne, że żaden piłkarz Kanonierów nie miał więcej niż trzech kontaktów z piłką w szesnastce, a trzech z czterech zawodników z takim wynikiem to obrońcy: Calafiori, Gabriel i Saliba.

Arsenal wygrał mecz, który mógł być dla niego pułapką. Nie zagrał wielkiego futbolu, nie przekonał wszystkich wątpiących, ale zrobił najważniejsze: dopisał trzy punkty. W walce o mistrzostwo takie zwycięstwa ważą czasem więcej niż efektowne popisy.

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    146,831FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ