Śląsk Wrocław na awans do Ekstraklasy musi jeszcze poczekać

11 maja to czarny dzień w historii Śląska Wrocław. Wtedy to w 2025 roku został przypieczętowany ich spadek z PKO BP Ekstraklasy. Dwa dni wcześniej Wrocławianie polegli w Zabrzu z Górnikiem, co w zasadzie przesądziło o ich losie, lecz wyrok zapadł tego feralnego 11 maja. To było zwieńczenie drogi z nieba do piekła – od wicemistrzostwa do bolesnego spadku. Równo rok później mieli szansę odczarować ten dzień. Aby tak się stało, wystarczyło „tylko” pokonać na Tarczyński Arenie ŁKS Łódź, a co za tym idzie – przywrócić stolicę Dolnego Śląska na ekstraklasową mapę. Nieco pomogła im w tym Miedź Legnica, która pokonała Wieczystą Kraków i utorowała WKS-owi drogę do awansu. Pod względem formy to mecz na szczycie Betclic 1 Ligi. Śląsk i ŁKS to dwa najlepiej punktujące kluby w ostatnich 10 kolejkach.

Mizerne 45 minut zwieńczone prowadzeniem gości

Nad Wrocławiem zbierały się czarne chmury. Na szczęście dla kibiców z Dolnego Śląska, tylko te związane z pogodą, a nie z zagrożeniem ze strony rywala. Pierwsze minuty należały do dość spokojnych po obu stronach. Zarówno Śląsk, jak i ŁKS grały o dużą stawkę i tylko 3 punkty ich tu dziś interesowały. Pierwszy strzał, i to od razu celny, oddał Piotr Samiec-Talar z rzutu wolnego w 6. minucie. Łukasz Bomba bez trudu złapał piłkę. Dużo groźniej zrobiło się w 11. minucie, ale już za sprawą przyjezdnych. Mateusz Wysokiński huknął zza pola karnego i zabrakło mu jedynie centymetrów – trafił w słupek. Od tego momentu to Łodzianie zaczęli naciskać. Michał Szromnik miał niemało pracy na linii bramkowej.

REKLAMA

Może i ŁKS sprawiał wrażenie bardziej niebezpiecznego, to ze świecą szukać dużych, interesujących szans po obu stronach. Mało było strzelania. Szarpnięcia do przodu się zdarzały, ale znamienita większość z nich zatrzymywała się na obrońcach. Popis za to dawali kibice Śląska, którzy przygotowali oprawę i dwukrotnie odpalili pirotechnikę. Zadymili boisko na tyle mocno, że sędzia zaprosił piłkarzy na krótką przerwę, aż się przewietrzy. Pozostało liczyć, że rozmowy z trenerami zmobilizują piłkarzy, dla dobra widowiska. I niestety niewiele się zmieniło. Przeważał ŁKS, ale bez większych korzyści. Obrona Śląska radziła sobie za to dobrze. Mając w pamięci katastrofalną jesień pod tym względem dla Wrocławian, to widać duży progres. Ale przyszedł moment, że wreszcie pękła. W 42. minucie na czystej pozycji, po dobrym podaniu, znalazł się Fabian Piasecki. Z urodzenia Wrocławianin wpakował piłkę do siatki i otworzył wynik.

Remontada Wrocławian

Tuż po przerwie, w 50. minucie już mogło być 2:0 dla ŁKS-u. W świetnej sytuacji znalazł się Jasper Loffelsend. Niemiec próbował przelobować bramkarza Śląska, lecz ten zdołał doskoczyć do piłki. Łodzianie dalej wyglądali na groźniejszych, niewiele się zmieniło względem pierwszej połowy. Natomiast pierwsze minuty tej części spotkania obiecywały nam, że będzie się dziać coś więcej. Niemniej Wrocławianie mieli przebłyski, chociażby takie jak rajd Jehora Macenki. Przebłyski to było jednak zdecydowanie za mało, by postawić kropkę nad „i” i zacząć się skupiać na świętowaniu awansu.

Podopieczni Ante Šimundžy w pierwszej połowie wyglądali na przytłoczonych i wybitych z rytmu przez rangę meczu. A ŁKS był bezlitosny. Macenko niefortunnie interweniował przy ataku Łodzian i zdobył bramkę samobójczą. Ale za to odpowiedź przyszła natychmiastowo, 2 minuty później. Najpierw uderzył Przemysław Banaszak, obronił to Bomba. Ale na dobitkę Krzysztofa Kurowskiego już nie było rady i Wrocławianie nawiązali kontakt. Zagrzmiało – na niebie i Tarczyński Arenie!

Tego właśnie ekipa z Dolnego Śląska potrzebowała. Piłkarze WKS-u wreszcie się odblokowali i zaczęli nacierać na całego. Efekty? Przyszły prędko. Ledwie 5 minut po trafieniu Kurowskiego z zaliczki Łodzian nie zostało już nic. Świetnie odnalazł się Macenko podczas frontalnego ataku i Ukrainiec błyskawicznie się zrehabilitował. Rewelacyjny comeback, przy Alei Śląskiej zrobiło się gorąco!

Hit kolejki na remis

Ostatni kwadrans to był gwarant emocji. Śląsk potrzebował jeszcze jednego trafienia by spełnić swoje pragnienia. A wyglądał na rozpędzonego, w przeciwieństwie do przyjezdnych z centralnej Polski. ŁKS wydawał się zaskoczony i co gorsza dla jego kibiców, przygaszony. Nie było to już za wiele czasu na kalkulacje. Obydwie ekipy musiały działać natychmiast i nie odpuszczać ani na chwilę. W 88. minucie bardzo blisko dubletu był Macenko, ale chybił głową.

Nad Odrą zmierzyły się 2 zespoły, które są na zapleczu Ekstraklasy w najlepszej formie. I rzeczywiście, było to spotkanie przystające do ich poziomu. Bardzo wyrównany mecz, bez jednoznacznie lepszego zespołu. Zresztą wynik mówi sam za siebie. Z otwieraniem szampana Wrocławianie muszą jeszcze chwilę poczekać. Niemniej z taką formą, powinni się zameldować w Ekstraklasie. Podobnie jak i ŁKS w barażach, który także potwierdził, że na nie zasługuje.

Śląsk Wrocław – ŁKS Łódź 2:2 (Kurowski 63′, Macenko 68′ – Piasecki 42′, Macenko 61′ (sam.))

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    146,853FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ