Everton nie jest za duży, aby spaść z Premier League

Od 1954 roku nieprzerwanie występują w najwyższej klasie rozgrywkowej. Historycznie są jednym z największych klubów w Anglii. Jednak obecnie muszą bić się o utrzymanie. Od październikowej przerwy reprezentacyjnej nikt nie punktuje gorzej niż Everton. The Toffees na siedem kolejek przed końcem sezonu zajmują ostatnie bezpieczne miejsce, mając tylko trzy punkty przewagi nad strefą spadkową. Nie pomogła zmiana trenera w trakcie sezonu, ani transfery w zimowym oknie. Rzeczywistość okazała się dla Evertonu brutalna. A historia pokazuje, że żaden klub nie jest za duży, aby spaść z ligi.

Everton na tę sytuację pracował długimi latami

W ostatnich latach mieliśmy wiele przypadków w najlepszych europejskich ligach, kiedy to uznane marki żegnały się z elitą. W poprzednim sezonie po 30 latach z ligą pożegnało się Schalke, a cztery lata temu HSV spadło po raz pierwszy od momentu powstania Bundesligi. Z La Ligi w ostatnich sezonach spadały m. in. Deportivo La Coruna czy Malaga, które jeszcze nie tak dawno robiły furorę w Lidze Mistrzów. Z resztą, żeby nie szukać daleko wystarczy wspomnieć 16 lat rozłąki z Premier Leauge Leeds United, które wygrywało ostatni sezon First Division.

Oczywiście to nie było tak, że wszystkie te drużyny zaliczyły jeden gorszy sezon, po którym nie potrafiły się podnieść. Na sytuację, w jakiej obecnie się znalazły pracowały latami. Nikt nie spada przez przypadek. Zazwyczaj następuje powolny, często niezauważalny w dłuższej perspektywie czasu regres. Z drużyny, która walczyła o puchary stopniowo stajesz się ligowym średniakiem, następnie ekipą bijącą się o utrzymanie aż wreszcie opuszczasz elitę.

Podobnie jest w przypadku Evertonu. Na Goodison Park co roku przed sezonem zapowiadają chęć walki o puchary, jednak fakty są takie, że The Toffees ostatni raz na europejskich boiskach mieli okazję pokazać się w 2017 roku, kiedy to nie wyszli z grupy. W fazie pucharowej po raz ostatni grali w sezonie 2014/15, a więc siedem lat temu. W ostatnich ośmiu sezonach najlepszym wynikiem Evertonu w lidze było siódme miejsce. Lepszym rezultatem w tym czasie może się pochwalić dziewięć zespołów, a takim samym jeszcze dwa. The Toffees z roku na rok wydawali ogromne pieniądze na transfery, które okazywały się przepłacone. Zamiast iść stopniowo w górę, zespół z niebieskiej części Merseyside przestał się rozwijać, a różnica pomiędzy nimi a czołówką zaczęła powiększać się coraz szybciej.

Zmiana trenera niewiele dała

We wspomnianych ośmiu sezonach, w których The Toffees tylko raz grali w europejskich pucharach, zespół prowadziło aż sześciu trenerów. Ten ostatni – Frank Lampard – zatrudniony został w styczniu tego roku. Anglik miał za zadanie odbudować drużynę po Rafie Benitezie i jak najszybciej zapewnić klubowi bezpieczne utrzymanie. Jak dotychczas idzie mu to jak po grudzie. Od momentu zatrudnienia Lamparda gorzej punktują jedynie Brighton i Norwich. Za kadencji 43-latka The Toffees zdobywają średnio 0,75 pkt na mecz, a więc mniej niż pod wodzą Beniteza (0,95). Strzelają również mniej goli (1,2 za Beniteza przy 0,75 za Lamparda), a tracą dokładnie tyle samo (1,75).

To, co może najbardziej dziwić to brak poprawy w grze ofensywnej. Od zatrudnienia Anglika na Goodison Park, Everton strzela więcej goli jedynie od Brighton oraz Norwich, a pod względem jakości kreowanych szans jest drugi najgorszy w lidze (0,79 xG na mecz). The Toffees stwarzają także drugą najmniejszą liczbę „dużych szans” (1 na mecz; gorsze tylko Norwich) oraz oddają średnio drugą najmniejszą liczbę celnych strzałów (2,38 na mecz; gorsze tylko Burnley).

Everton nie trafił z transferami

Evertonowi w odbiciu się od dna nie pomogli również nowi zawodnicy sprowadzeni w zimowym oknie transferowym. Znamienne było spotkanie z Newcastle (swoją drogą wygrane 1:0), kiedy żaden z pięciu nowych nabytków nie znalazł się w podstawowej jedenastce. Z kolei w wyjściowym składzie Srok wystąpiło czterech graczy, a piąty Kieran Trippier nie mógł zagrać z powodu kontuzji. W styczniu oba zespoły były w podobnej sytuacji i w obliczu zagrożenia spadkiem szukały wzmocnień.

Newcastle postawiło na nazwiska sprawdzone na angielskim rynku. Matt Tartett, Dan Burn i Chris Wood regularnie występowali w swoich poprzednich klubach. Kieran Trippier również znał ligę i nie potrzebował czasu na aklimatyzację po transferze z Atletico Madryt. Wyjątek stanowiło przyjście Bruno Guimaraesa, jednego z najbardziej rozchwytywanych na rynku zawodników. Jednak transfer Brazylijczyka niewątplwie był ruchem na przyszłość, o czym świadczy fakt powolnego wprowadzania go do składu przez Eddiego Howe’a.

Z kolei we wzmocnieniach The Toffees na próźno szukać piłkarzy ogranych na poziomie Premier League, będących w rytmie meczowym. Callum Paterson i Vitaliy Mykolenko przychodzili ze słabszych lig i trzeba było brać pod uwagę, że będą potrzebowali czasu na aklimatyzację. Natomiast Anwar El Ghazi, Donny Van De Beek i Dele Alli w swoich poprzednich klubach byli odstawieni na boczny tor. Oczekiwanie, że wejdą z marszu do pierwszego składu i odmienią grę drużyny było sporym ryzykiem. Ponadto cieniem na minionym oknie transferowym kładzie się sprzedaż Lucasa Digne’a. Francuzowi nie po drodze było z ówczesnym menadżerem Rafą Benitezem, więc zdecydowano się oddać go do Aston Villi. Problem w tym, że zaledwie dwa i pół tygodnia później Benitez został zwolniony, a właściciele z pewnością musieli żałować, że tak łatwo pozbyli się jednego ze swoich kluczowych piłkarzy.

Gen autodestrukcji

W takiej sytuacji, w jakiej Everton jest dziś nie był od bardzo dawna. Piłkarze The Toffees ewidentnie nie radzą sobie z presją walki o utrzymanie. Zespół Franka Lamparda popełnił w bieżących rozgrywkach ligowych najwięcej błędów indywidualnych prowadzących bezpośrednio do utraty bramki (8). Z resztą w spotkaniu poprzedniej kolejki z West Hamem znów proste pomyłki okazały się gwoździem do trumny The Toffees. Everton w niedzielę nie grał złego meczu. Jednak co z tego, jeżeli w przeciągu 12 minut po wyrównaniu całkowicie zniweczył szanse na zwycięstwo. Najpierw w niegroźnej sytuacji w środku pola piłkę stracił Iwobi, co wykorzystali rywale, a zaledwie osiem minut później Michael Keane dostał drugą żółtą kartkę i Everton musiał kończyć mecz w dziesiątkę.

Na ten moment z zespołów będących nad kreską Everton jest głównym kandydatem do ewentualnego spadku. Już w środę na Turf Moor ekipę Lamparda czeka kluczowe starcie z Burnley w walce o utrzymanie. W przypadku porażki perspektywa gry w Championship będzie coraz bardziej prawdopodobna. Piłkarze The Toffees muszą jak najszybciej wziąć się w garść, bo jeszcze nikt nie utrzymał się w elicie za zasługi.

REKLAMA
PODOBNE
REKLAMA
101,854FaniLubię
10,659ObserwującyObserwuj
576ObserwującyObserwuj

MOŻE ZACIEKAWI CIĘ