Korona Kielce przegrała z Zagłębiem Lubin na inaugurację 20. kolejki PKO Bank Polski Ekstraklasy. Dlaczego jednak wynik 1:2 dla gości nie jest w pełni sprawiedliwy i dlaczego niewiele na niego wskazywało? Czego przez większość starcia brakowało gościom i które momenty najdobitniej uwypuklały ich słabości? Na czym dokładnie polegała przewaga Korony i jak dało się tak ją zaprzepaścić? Odpowiedzi na te pytania w naszych pomeczowych wnioskach!
1. Bez odpuszczania i odstawiania nogi
Nie musiało upłynąć wiele czasu, by wszyscy kibice i obserwatorzy zorientowali się, że w tym meczu nikt nie zamierza się oszczędzać. Zarówno Korona, jak i Zagłębie zawzięcie walczyły o każdą piłkę, niezależnie od okoliczności i miejsca na boisku. Z tego powodu rywalizacja była pełna sytuacji stykowych, ostrych pojedynków i ofiarnych bloków czy wślizgów. Zachowania te prawie nigdy nie wynikały jednak z boiskowej złośliwości, lecz z pełnego zaangażowania piłkarzy. Bezkompromisowa gra z jednoczesnym poszanowaniem zasad fair play to coś, co może się podobać. Prosimy o więcej!
2. Napór, dominacja i prowadzenie!
Jak to w futbolu, najważniejsze były oczywiście nie starcia indywidualne, lecz akcje bramkowe. Ich jednak również nie brakowało. Swoje szanse miało Zagłębie, które mogło wyjść na prowadzenie chociażby po uderzeniu z dystansu, podbitym nad poprzeczkę przez Xaviera Dziekońskiego. Tego typu wydarzenia miały jednak charakter okazjonalny i były tylko epizodami na krótko przerywającymi okresy bezsprzecznej przewagi Korony. To właśnie podopieczni Jacka Zielińskiego prowadzili grę, wykorzystywali defensywną bierność gości i mieli bardzo dużo swobody pod ich bramką. Ten luz przekładał się na imponującą fantazję zawodników, z Antoñinem na czele. Przede wszystkim od jego odważnych wyborów zaczynały się obiecujące, szybkie akcje, za którymi rywale zwyczajnie nie umieli nadążyć. Efekty były aż nadto widoczne, i to już od pierwszych minut spotkania. Już w pierwszym kwadransie Korona mogłaby prowadzić nawet 3:0, gdyby bardziej skuteczni byli główkujący Konstantinos Soteriou czy dwukrotnie strzelający z ziemi Wiktor Długosz.
Chwilowa nieskuteczność i tak nie rozmywała optycznej przewagi Kielczan. Ich wyjście na prowadzenie wydawało się jedynie kwestią czasu, a teza ta została potwierdzona już w 18. minucie. Szczęście sprzyjało wtedy Hiszpanowi Pau Reście, który znalazł się we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Dzięki temu wykorzystał chaos panujący tuż przed linią bramkową i z tak niewielkiej odległości otworzył wynik meczu. Można jednak powiedzieć, że faktycznymi współautorami tego trafienia w równym stopniu są także obrońcy Zagłębia. Nie pierwszy raz na EXBUD Arenie w Kielcach wyglądali oni na kompletnie zagubionych i nawet nie postarali się utrudnić zadania strzelcowi.
Korona rozpoczyna strzelanie w 20. kolejce! Pau Resta znalazł się w idealnym miejscu w idealnym czasie 😎
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) February 6, 2026
📺 Oglądaj: https://t.co/ggj8f4SfRP pic.twitter.com/JLNOKLgZtB
3. Rocha w Częstochowie, nie ma komu strzelać
Czas nieubłaganie płynął, a Zagłębie wciąż nie potrafiło pokazać nawet odrobiny tego, za co tak często jest chwalone w ostatnich miesiącach. Zespół z Lubina nie prezentował poziomu, jakiego można by było oczekiwać od szóstej siły Ekstraklasy. Poza wspomnianymi kłopotami pod własną bramką także atak przyjezdnych rozczarowywał. Fazy przejściowe zajmowały dużo czasu, a w ich trakcie dochodziło do sporej dezorganizacji. Problemem było także zbieranie długich piłek i unikanie strat, gdy coś zaczynało iść nie po myśli Miedziowych. Przykładowo, kiedy przy rzutach rożnych Korona zostawiała tylko jednego gracza z przodu, mimo osamotnienia umiał on powalczyć z Zagłębiem o wybitą piłkę i uniemożliwić ponowienie ataku.
Najbardziej widocznym i bolesnym problemem był jednak brak pomysłu na to, co zrobić z piłką przy nodze. Kończyło się więc na bezsensownym klepaniu, nieodpowiedzialnych stratach czy prezentach dla rywali. Pod tym względem absolutnie najgorszy był Jakub Sypek, który dwukrotnie bezskutecznie próbował wymusić przewinienia, zamiast kontynuować dobre ataki. Najzabawniejsze (albo najsmutniejsze) było to, że 24-latek za każdym razem przewracał się… poza polem karnym! Jego „wyczyn” to symboliczne podsumowanie tego, jak nieudolna w ofensywie była ekipa z Dolnego Śląska. Podobne zdanie miał najwyraźniej również trener Zagłębia, Leszek Ojrzyński, który zdjął go z boiska już po 45 minutach. Dokonując tej roszady i patrząc na poczynania swoich podopiecznych, łezka mogła zakręcić się w oku szkoleniowca z tęsknoty za Leonardo Rochą. W końcu był on w Lubinie niemal niezawodnym gwarantem jakości, której po jego odejściu jak na razie bardzo brakowało.
4. Dziekoński i dużo (za dużo) ryzyka
Golkiper Korony, Xavier Dziekoński, tym razem nie miał szczególnie dużo pracy. Obronił kilka uderzeń, ale żadna z interwencji nie należała do szalenie trudnych, a poza tym wcale nie było ich aż tak wiele. Tak naprawdę udział 22-latka w tym meczu powinien polegać wyłącznie na tych obronach i zwyczajnym „niewyróżnianiu się” przez resztę rywalizacji. Miał on jednak nieco inne plany, gdyż czasami wręcz kusił los i podejmował bardzo duże, często zbędne ryzyko. Przykłady? Między innymi strata piłki tuż pod własną bramką (na szczęście sędzia użył gwizdka) czy podanie wprost pod nogi kolegi z rywalem na plecach i bez opcji rozegrania. To po prostu absurdalny brak rozsądku, który mógł skończyć się po prostu fatalnie. Przecież Korona wciąż prowadziła tylko jednym golem, a ewentualny prezent dla przeciwników mógł zaważyć na końcowym rezultacie i zdobyczy punktowej.
Dziekoński ma więc lekcję do odrobienia. Musi zrozumieć, że w takich sytuacjach powinien raczej spokojnie zagrać górą, co zresztą potrafi robić naprawdę dokładnie. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, by czasem odłożyć oryginalne pomysły na bok i dla dobra zespołu podjąć inną, bardziej rozważną decyzję.
5. Korona skrajnie niedojrzała w końcówce
Pojedyncze wybryki w wykonaniu Dziekońskiego niestety nie były tylko wyjątkiem od reguły. W tym meczu w wielu sytuacjach Korona grała na swoją niekorzyść i sama dawała tlen i nadzieję przeciwnikom. Nie ma co ukrywać, że piłkarzom w żółto-czerwonych strojach nie chodziło już wtedy o piękny futbol, tylko o utrzymanie czystego konta do ostatniego gwizdka arbitra. Ale przecież również to można zrobić po prostu porządnie, a nie jakby od niechcenia… To zrozumiałe, że dowożąc wynik czasem trzeba ukraść kilka cennych sekund przy linii bocznej, czy taktycznie sfaulować rywala. Tyle że to też wymaga odrobiny skupienia, a nie spoczywania na laurach i traktowania meczu jako już wygranego!
Korona kompletnie nie potrafiła utrzymać koncentracji i między 84. a 87. minutą zjawiskowo zmarnowała cały dotychczasowy trud. Po – do tamtego momentu – świetnym meczu, w ciągu 4 minut wynik zmienił się z 1:0 na 1:2. Taki rozwój wydarzeń ciężko wyjaśnić, zwłaszcza że Zagłębie samo z siebie robiło naprawdę niewiele, by odwrócić wynik. Tym, co ich napędziło, była właśnie okropna odmiana i lekceważąca postawa w szeregach Korony. Ta miała wszystko w swoich rękach, a ostatecznie na własne życzenie schodziła z murawy bez punktów.
ZAGŁĘBIE WYGRYWA W KIELCACH! 💪
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) February 6, 2026
Dwie bramki w odstępie trzech minut zapewniają gościom komplet punktów ⚽
📺 Wszystkie mecze 20. kolejki obejrzycie w CANAL+: https://t.co/ggj8f4SfRP pic.twitter.com/ElIdEVwE9C
