REKLAMA

Fenomenalny Mateusz Ponitka. Co to był za mecz!

Nie oszukujmy się, nikt nie byłby w stanie przewidzieć scenariusza tego meczu. Po wyrównanym początku dość niespodziewanie to Polacy objęli prowadzenie i udało się je utrzymać do końca pierwszej kwarty.

Po krótkiej przerwie Słoweńcy… nagle przestali trafiać. Ryzykowna, agresywna obrona Polaków (którą prezentujemy od początku turnieju) bardzo dobrze powstrzymywała Dončicia i Dragicia od wchodzenia pod kosz, ale za to zostawiała idealne pozycje dla strzelców w rogach boiska. Słoweńcy jednak marnowali te rzuty na potęgę, co tylko nakręcało biało-czerwonych. Bardzo płynny, zespołowy atak skutkował licznymi dobrymi pozycjami do rzutu, a pewni siebie Polacy ich nie marnowali. Można było przecierać oczy ze zdumienia, kiedy nasza przewaga sięgnęła aż 23 punktów, a na przerwę między połowami zeszliśmy z 19-punktowym prowadzeniem.

W trzeciej kwarcie role się niejako odwróciły

Słoweńcy zaczęli niemrawo, ale Polacy wyglądali, jakby zapomnieli, jak grać w koszykówkę. Przez kilka minut atak Polaków wyglądał według schematu: strata — nieprzygotowany rzut z 9 metrów — jeszcze głupsza strata — kolejna niewytłumaczalna decyzja rzutowa. To, co w pierwszej połowie było fantastycznie zgranym mechanizmem, ustąpiło miejsca pięciu zdezorientowanym indywidualnościom. Na ten widok Słoweńcy nabrali wiatru w żagle — wreszcie zaczęły wpadać trójki, a dwójka liderów Dončić – Dragić prowadziła grę i trafiała nawet z trudnej pozycji. Ożywili się także po bronionej strefie parkietu i zaczęli wygrywać walkę o zbiórki. Dużo zdrowia oddał grający z urazem Dončić a fantastyczną zmianę dał Jaka Blažić, który całkowicie wyłączył z gry A.J. Slaughtera, wymuszał stratę za stratą i to on zaczął salwę trójek obrońców tytułu. Jeszcze przed końcem trzeciej kwarty Słowenia wyszła na prowadzenie. Co gorsza, na początku czwartej części meczu obraz gry nie uległ zmianie, za to Olek Balcerowski wyleciał z boiska za pięć fauli.

To właśnie utrata naszego centra chyba była momentem przełomowym dla morale polskiej drużyny. Słoweńcy nieco stracili skuteczność, a do naszego ataku powróciły składne, zespołowe akcje, po których odzyskaliśmy prowadzenie. Przebudził się też Slaughter, a prawdziwym liderem był Mateusz Ponitka, który dyrygował atakiem, oddawał serce w obronie, trafiał kluczowe rzuty i na kilka minut przed końcem złapał Lukę Dončicia na piąty faul, po którym lider Słowenii musiał opuścić parkiet. Słoweńcy znowu wydawali się stracić wiarę, na 41 sekund przed końcem przegrywali dziewięcioma punktami… co może pójść nie tak?

Najpierw faul Sokołowskiego przy zbiórce i trafione wolne Prepelicia, następnie trójka Čančara, a potem fatalny wrzut z autu Ponitki wprost w ręce Słoweńców i w kilkanaście sekund przewaga biało-czerwonych stopniała do trzech punktów. Jeśli ktoś oglądał nasze „popisy” na ostatnim EuroBaskecie, w 2017 roku, na pewno pamięta końcówkę meczu z Finlandią… Słowenia wybroniła naszą ostatnią akcję i miała kilka sekund na trafienie trójki. O czym jednak myślał Klemen Prepelić, kiedy zdecydował się na szaloną próbę wymuszenia faulu przy rzucie z połowy? Tego nie wiedział chyba nikt na boisku. Polska – 90. Słowenia – 87. Koniec.

Jesteśmy w półfinale mistrzostw Europy po raz pierwszy od 51 lat!

Mateusz Ponitka zakończył mecz z fenomenalnym triple-double i był tym liderem, jakim od dawna miał być. Wspaniały turniej w jego wykonaniu, wreszcie jest zawodnikiem kompletnym, potrafiącym wziąć ciężar podejmowania decyzji w trudnych momentach na siebie.

Nie mam wątpliwości – największa sensacja tegorocznego EuroBasketu stała się faktem.

W PIĄTEK O 18:00. PÓŁFINAŁ PRZECIWKO FRANCJI. OBECNOŚĆ OBOWIĄZKOWA.

Autor: ellanvanninalde

REKLAMA
REKLAMA
PODOBNE
REKLAMA

MOŻE ZACIEKAWI CIĘ

94,308FaniLubię
10,697ObserwującyObserwuj
539ObserwującyObserwuj
REKLAMA