Mistrz Polski ze zdobywcą Pucharu Polski. Lech Poznań z Górnikiem Zabrze. Mecz o STS Superpuchar Polski to oczywiście walka o pierwsze trofeum w sezonie, ale dla obu klubów – próba generalna przed walką o Ligę Mistrzów. „Talerz” wzniósł Kolejorz i wydaje się, że przygotowania poszły zgodnie z planem.
Zaczęliśmy od spokojnej gry na boisku i mocnego przekazu z trybun. Kibice obu ekip wyraziły swoje niezadowolenie z działań Polskiego Związku Piłki Nożnej związanych z organizacją meczu o Superpuchar. W Kotle zawisła oprawa uderzająca bezpośrednio w Cezarego Kuleszę.
Ale i na boisku zaczęło być ciekawiej. Lech Poznań od początku wszedł bardzo głęboko na połowę przeciwnika i przez długi czas utrzymywał się przy piłce. Zduszony Górnik Zabrze nie potrafił wykaraskać się z opresji, lecz był czujny w obronie. Philipp Schulze mimo wroga u bram nie musiał używać swoich rękawic. Kolejorz wyglądał bardzo pewnie, dobrze operował piłką i widać było, że zgranie będzie ważnym elementem w tym sezonie. W 14. minucie wróciły jednak znane przy Bułgarskiej demony. Kontratak po rzucie rożnym wyprowadził Kacper Urbański (całą sytuację sprokurował Pablo Rodriguez), a do bramki Mateusza Lisa trafił Maksym Khlan.
Nowy bramkarz Poznaniaków nie miał szans przy uderzeniu, zaś później był bezbłędny. Zabrzanie próbowali przede wszystkim z dystansu, a najwięcej ochoty do grania miał autor gola. W 26. minucie Lechowi wreszcie udało się dotrzeć w pole karne – Patrik Walemark podał do Ishaka, ten piłki nie przyjął, ale już czaił się na nią Antoni Kozubal. Wychowanek gospodarzy miał mnóstwo miejsca i czasu, oddał wątpliwej jakości strzał, ale bramkarz rywali i tak sobie z nim nie poradził.
Lech Poznań wygrywa Superpuchar Polski
Całościowo w pierwszej połowie lepiej wyglądali Poznaniacy. Górnik schował się za gardą i rzadko wyściubiał nosa. Brakowało odwagi, aby iść z przeciwnikiem na otwarte przyłbice. Aspekt jakości indywidualnej okazał się wystarczającym straszakiem, a kolejne gole i tak przyszły – tyle że po przerwie.
Piłkarze wrócili na boisko i chwilę później Ishak cieszył się z gola. Podanie Kozubala i pewne wykończenie w stuprocentowej okazji dały prowadzenie 2:1. Szwedzki napastnik w tym meczu miał tylko jedną okazję i od razu wpisał się na listę strzelców. Później za niego wszedł Yannick Agnero i też był architektem gola. Iworyjczyk odważnie ruszył z piłką, poszukał okazji do strzału i zmusił Schulze do interwencji. Piłka trafiła następnie pod nogi Rodrigueza, a ten odpokutował za błąd prowadzący do straty bramki. Wyższe podejście Górnika Zabrze w drugiej połowie na nic się zdało. Lech pokazał, że obrona mistrzostwa Polski przypadkowa nie była.
Mankamenty wciąż są. Idealnie być nie może. Ale na mecz z Aarhus GF Lech Poznań zdaje się być przygotowany. Utrzymanie kadry z zeszłego sezonu może okazać się kluczowe i sprawić, że w Poznaniu wreszcie „sięgną gwiazd”, jak zapowiadali przed sezonem. Co do Górnika – widać brak Patrika Hellebranda. Taktyka obrana przez Michala Gasparika też nie zdała egzaminu. W kolejnych spotkaniach zobaczymy, w jakim stopniu była to skucha z planem meczowym, a w jakim stopniu po prostu wyższość piłkarska rywali.

