Arsenal awansował do półfinału Ligi Mistrzów po bezbrakmowym remisie w rewanżowym meczu ze Sportingiem na Emirates Stadium. Kanonierzy mieli to szczęście, że w wyjazdowym meczu w końcówce zdobyli bramkę i wczoraj wystarczylo zachować czyste konto, aby zameldować się w najlepszej czwórce tej edycji Champions League. Szczęście, ponieważ nie wyglądali na zespół zdolny do strzelenia gola. Mikel Arteta musi jak najszybciej zanelźć odpowiedni balans w ofensywie.
Arsenal nie funkcjonuje w tercecie Madueke – Gyokeres – Martinelli
Mikel Arteta na rewanżowy mecz ze Sportingiem zdecydował się na postawienie w linii ataku Noniego Madueke, Viktora Gyokeresa oraz Gabriela Martinelliego. Ten sam tercet wyszedł na sobotnie spotkanie przeciwko Bournemouth, przegrane przez Kanonierów 1:2 i spisał się bardzo słabo. O tym, że ofensywa w takiej konfiguracji kompletnie niefunkcjonuje zdążyli się już przekonać kibice Arsenalu, a coraz częściej zwracają też na to uwagę angielskie media. Ciekawe wyliczenia przedstawił James Benge w artykule na stronie CBS Sports. Arsenal w obecnym sezonie z otwartej gry (czyli nie uwzględniając strzałów po stałych fragmentach) kreuje sytuacje wyceniane przez model goli oczekiwanych na średnio 1,04 xG w przeliczeniu na 90 minut. Gdy natomiast na boisku przebywają wspólnie Viktor Gyokeres z Gabrielem Martinellim wskaźnik ten spada aż do 0,29 xG. Jeszcze gorzej jest, gdy cała trójka, wraz z Nonim Madueke jest na murawie – 0,14 xG/90 min.
Z czego wynikają tak słabe liczby tego tercetu? Przede wszystkim z braku balansu. Gyokeres i Martinelli to zawodnicy, którzy preferują zagranie na wolne pole i rzadko schodzą po piłkę. Madueke częściej dostaje podanie do nogi, ale też jest piłkarzem grającym bardzo bezpośrednio. W idealnie dopasowanej ofensywie są zawodnicy, którzy wyciągają linię obrony przeciwnika poprzez pokazywanie się do gry między liniami oraz ci, którzy sprawiają, że rywale nie są tak skłonni skracać pole gry ze względu na zagrożenie jakie oferują atakowaniem przestrzeni za plecami obrońców. Ofensywny tercet, który wyszedł w wyjściowym składzie w dwóch ostatnich meczach jedynie obniża linię defensywy rywala, ale nie wyciąga jej ze strefy.
Kolejny problem takiego zestawienia ofensywy to nieumiejętność utrzymania piłki z przodu
Najlepiej bylo widać to w sobotnim meczu z Bournemouth, które wyszło na Kanonierów wysokim pressingiem i nie zamierzało pozwolić im na spokojne rozgrywanie akcji w okolicach środka boiska. Arsenal przeciwko Wisienkom więcej podań wymienił na własnej połowie (175) niż na polowie przeciwnika (139). Gyokeres przy 26 kontaktach z piłką zanotował 12 strat i miał więcej podań niecelnych niż celnych. Martinelli miał 4 straty przy 9 kontaktach (swoją drogą, tyle dotknięć futbolówki w 54 minuty gry to nieporozumienie), a Madueke – 12 strat w 30 kontaktach. Takie statystyki to nie był wyjątek spowodowany skutecznym pressingiem Bournemouth. Viktor Gyokeres w tym sezonie Premier League – powołując się znów na informacje z artykułu Jamesa Benge w CBS Sports – utrzymuje średnio 56% piłek, które dostaje, co jest najgorszym wynikiem w lidze wśród napastników. Martinelli jest w takiej klasyfikacji ósmym graczem od końca.
Arsenal ze Sportingiem też cierpiał na brak jakości z przodu
W meczu ze Sportingiem Kanonierzy nie mieli już tak dużych problemów z przeniesieniem futbolówki na połowę przeciwnika, ponieważ Sporting nie był specjalnie aktywny w wysokim pressingu, a obrońcy oraz pomocnicy w rozegraniu trzymali niezły poziom. Kiedy jednak dostarczali piłkę do zawodników z formacji ataku, w wielu przypadkach akcja się kończyła. Arsenal w zestawieniu z Gyokeresem, Madueke oraz Martinellim znowu nie miał argumentów pod bramką przeciwnika i praktycznie nie kreował dogodnych sytuacji z gry. Do 56. minuty, gdy boisko opuścił szwedzki napastnik gospodarze oddali 7 strzałów o łącznej wartości 0,33 xG z gry.
Choć Gyokeres (56. minuta) i Madueke (63. minuta) zeszli z boiska wcześniej to najlepszy fragment zespołu Mikela Artety miał miejsce, gdy już żaden z graczy ofensywnego tercetu wyjściowego nie przebywał na boisku. Od 79. minuty, gdy z boiska zszedł Martinelli, Arsenal był w stanie utrzymywać się przy piłce, oddalić grę od własnej bramki i w ten sposób kontrolować mecz oraz zarządzać prowadzeniem. Gdy w ofensywie pojawili się piłkarze z większymi umiejętnościami utrzymania futbolówki oraz chętniej pokazujący się do gry niż Gyokeres i Martinelli (Madueke nie można odmówić, że jest aktywny) to Arsenal był w stanie trzymać piłkę z dala od własnej bramki. W tym okresie jedyny strzał Sportingu oraz wszystkie dwa kontakty z piłką w polu karnym miały miejsce w ostatniej akcji meczu. Wprawdzie podopieczni Artety w końcówce meczu nie stworzyli wielu szans, ale w ostatnim kwadransie liczyło się już dla nich tylko znalezienie sposobu, aby nie stracić bramki.
Mikel Arteta miał plan?
Różnicę pomiędzy zawodnikami z wyjściowego składu, a tymi, którzy pojawili się na boisku po wejściu z ławki widać, gdy weźmiemy na tapet statystyki kontaktów z piłką oraz utraconego posiadania:
- Noni Madueke – 17 strat/43 kontakty z piłką (39,5%)
- Gabriel Martinelli – 12/33 (36,4%)
- Viktor Gyokeres – 6/14 (42,9%)
- Kai Havertz – 4/21 (19%)
- Max Dowman – 6/22 (27,2%)
- Leandro Trossard – 6/18 (33%)
- Gabriel Jesus – 3/13 (23%)
Może zawodnicy wprowadzeni z ławki nie mają świetnych statystyk w tym aspekcie, ale okazały się one wystarczające, aby w walce o półfinał Ligi Mistrzów Arsenal uniknął bardzo nerwowej końcówki spowodowanej wycofaniem się całego zespolu pod własne pole karne czy groźnymi kontratakami przeciwnika.
Niemniej jednak, wciąż otwarte pozostaje pytanie dlaczego Mikel Arteta ciągle brnie w stawianie na Madueke, Gyokeresa i Martinelliego w wyjściowej jedenastce
Nawet kibice widzą, że o ile każdy z tych zawodników może być użyteczny w jakimś układzie to grając wspólnie ofensywa jest kompletnie niekompatybilna. Pewien wpływ mają oczywiście kontuzje – ze Sportingiem nie bylo Saki, a przeciwko Bournemouth absencje Merino, Odegaarda i Eze, który po kontuzji nie byl gotowy na grę od 1. minuty zmusiły trenera do przesunięcia Havertza na „10-tkę” – ale i tak bez problemu można byłoby ułożyć bardziej zbalansowaną ofensywę.
Jedynym wytłumaczeniem, jakie jesteśmy w stanie znaleźć jest takie, iż Mikel Arteta największy potencjał w utrzymaniu piłki z przodu chciał mieć wówczas, gdy Sporting zainwestuje więcej w atak. Najbardziej logiczne było, ze stanie się to dopiero w drugiej połowie, ponieważ początkowo goście nie będą chcieli się odkryć i takie też bylo podejście Sportingu. Arteta mógł więc przewidywać, że straty piłki w pierwszych około 60 minutach będą mniej kosztowne niż w ostatnich 30 minutach. Szkoleniowiec Kanonierów swego czasu mówił, że u niego nie ma podziału na zawodników podstawowych i rezerwowych, a są piłkarze rozpoczynający i kończący mecz. Z tej perspektywy takie zarządzanie meczem ma sens, natomiast czy rzeczywiście taki był plan Artety, możemy się jedynie domyślać.
Nawet jeśli strategia Mikela Artety na rewanż ze Sportingiem zrealizowała się po jego myśli to występ Kanonierów nie daje powodów do optymizmu na końcówkę sezonu w kontekście walki o mistrzostwo Anglii oraz Ligę Mistrzów. Arsenal musi zacząć strzelać więcej goli i kreować więcej sytuacji, a wczorajszy mecz nie wlał nadziei, że zespół w następnych meczach będzie w stanie to zrobić.
