PSG królem Europy, Arsenal pokonany w finale Ligi Mistrzów

Paryska ofensywa kontra defensywny mur Kanonierów — tego typu zwrot przewijał się w większości zapowiedzi spotkania PSG — Arsenal. Finał Ligi Mistrzów 2025/26 miał być pojedynkiem najlepszej drużyny obecnego sezonu Ligue 1 oraz najlepszej drużyny Premier League. Kibice przed pierwszym gwizdkiem mogli zadawać sobie pytanie, czy ekipa Mikela Artety jest w stanie zatrzymać rozpędzonych żołnierzy Luisa Enrique. Odpowiedź przyszła bardzo szybko.

Arsenal szybko ustawił finał…

Kai Havertz potrzebował niespełna sześciu minut, by wywrócić przedmeczowe założenia obu szkoleniowców. Niemiec, wybrany przez Artetę kosztem Viktora Gyökeresa, wykorzystał zamieszanie po akcji Leandro Trossarda i uderzył z bardzo ostrego kąta. Dla Havertza ten wieczór bardzo szybko stał się symboliczny. Pięć lat wcześniej strzelał gola w finale Ligi Mistrzów dla Chelsea. Teraz zrobił to w barwach Arsenalu. Arteta postawił na niego od pierwszej minuty i błyskawicznie dostał potwierdzenie, że podjął słuszną decyzję.

REKLAMA

Szybko strzelony gol od razu ustawił finał. PSG miało piłkę, przesuwało Arsenal pod własne pole karne, ale długo niewiele z tego wynikało. Zespół Luisa Enrique wymieniał podania, próbował cierpliwie szukać wolnych przestrzeni, jednak Kanonierzy bronili bez większej paniki. Gabriel Magalhães blokował strzały, William Saliba pilnował środka pola karnego, a Declan Rice i Myles Lewis-Skelly skutecznie ograniczali miejsce między liniami.

Największym problemem paryżan było to, że ich przewaga optyczna nie przekładała się na konkret. Ousmane Dembélé próbował schodzić do środka, Chwicza Kwaracchelia szukał pojedynków, Désiré Doué kilka razy przyspieszył grę, ale Arsenal był na to przygotowany. Arteta nie kazał swojej drużynie udawać, że będzie prowadzić otwartą wymianę ciosów z PSG. Londyńczycy cofnęli się, zawęzili boisko i bronili wyniku w sposób, który może nie wyglądał efektownie, ale przez długi czas był bardzo skuteczny. PSG mogło mieć pretensje po sytuacji z Bukayo Saką, gdy piłka trafiła Anglika w rękę we własnym polu karnym. Sędzia nie wskazał jednak na jedenasty metr. Po drugiej stronie Arsenal też miał moment, w którym mógł zadać drugi cios jeszcze przed przerwą. Martin Ødegaard świetnie uruchomił Havertza, ale strzał Niemca z bliska zablokował Marquinhos. Gdyby nie ta interwencja, finał mógłby już wtedy mocno wymknąć się PSG z rąk.

Do przerwy paryżanie częściej utrzymywali się przy piłce, ale to Arsenal miał wynik i kontrolę nad tym, gdzie PSG może zrobić krzywdę. Kanonierzy nie bronili chaotycznie. Nie było wybijania każdej piłki na oślep, nie było serii przypadkowych interwencji. Był plan, dyscyplina i świadomość, że w finale Ligi Mistrzów nie zawsze trzeba grać efektownie, żeby grać dojrzale.

…ale PSG nie przestało wierzyć

Obraz gry po zmianie stron początkowo nie uległ zmianie. PSG nadal miało problem z wejściem w pole karne. Kwaracchelia był często wypychany do boku, Doué nie dostawał miejsca do rozpędzenia się, a Dembélé stawał się niewidoczny. Saka i Trossard pracowali głęboko przy liniach bocznych, Rice asekurował przestrzeń przed stoperami, a Gabriel z Salibą czyścili kolejne dośrodkowania. Mur piłkarzy z Londynu pozostawał nieskruszony, jednak jeden błąd mógł to zmienić — i taki przydarzył się po godzinie gry. Kwaracchelia dostał piłkę bliżej pola karnego, ruszył za plecy Cristhiana Mosquery i został zahaczony przez obrońcę Arsenalu. Daniel Siebert wskazał na rzut karny. Londyńczycy protestowali, ale jedenastka była ewidentna. Mosquera przez ponad godzinę grał dojrzale, jednak w tej jednej akcji spóźnił się o ułamek sekundy. Mógł zresztą mówić o sporym szczęściu, bowiem zawodnicy PSG niebezpodstawnie domagali się żółtej kartki dla defensora, a przecież ten był już wcześniej upomniany przez arbitra.

Do piłki podszedł Dembélé i wykorzystał szansę na doprowadzenie do remisu. Arsenal przez blisko godzinę trzymał PSG na dystans, ale chwila nieuwagi doprowadziła do roztrwonienia przewagi. Reakcja trenera Kanonierów była natychmiastowa. Z boiska zeszli Mosquera i Ødegaard, pojawili się Jurrien Timber oraz Viktor Gyökeres. Po wyrównaniu PSG poczuło, że ten mecz jest do wygrania. Francuski klub robił to samo, co przez pierwszą godzinę, ale z większym przekonaniem o powodzeniu. Jednocześnie przedstawiciele obu drużyn coraz bardziej zaczęli zdawać sobie sprawę, że jedna dobra akcja/jeden błąd rywala może okazać się decydujący.

Arsenal kontra PSG – batalia dwóch strategów

Luis Enrique również zaczął szukać świeżości. W końcówce na boisku pojawił się Bradley Barcola, który miał jeszcze mocniej rozciągnąć defensywę Arsenalu i zmusić bocznych obrońców do głębszej pracy. PSG nie chciało już tylko cierpliwie rozgrywać. Po golu Dembélé paryżanie grali szybciej, częściej przenosili ciężar akcji i coraz wyraźniej czuli, że Arsenal nie jest już tak spokojny jak przed przerwą. Kanonierzy mieli problem, bo po zmianach stracili trochę naturalnego rytmu. Najlepszy moment PSG przyszedł tuż przed końcem podstawowego czasu. Doué ruszył prawą stroną, ściągnął na siebie uwagę Gabriela i zdołał odegrać piłkę do Vitinhi. Portugalczyk uderzył z okolic pola karnego, a futbolówka po jego strzale otarła się o poprzeczkę. Raya mógł tylko odprowadzić ją wzrokiem.

Zespół Artety w końcówce regulaminowego czasu wyglądał już inaczej niż przez pierwszą godzinę, ale nadal miał swoje argumenty. Gabriel i Saliba wygrywali wiele pojedynków w powietrzu, Rice próbował zatrzymywać akcje jeszcze przed polem karnym, a Timber po wejściu na boisko dał więcej spokoju na prawej stronie. Problem polegał na tym, że Kanonierzy coraz rzadziej byli w stanie przesunąć grę pod bramkę Safonowa. Po pierwszej połowie można było pisać o kontroli bez piłki. W końcówce bliżej było już do walki o przetrwanie. Dla Luisa Enrique problemem było jednak zejście Dembélé. Francuz nie tylko wykorzystał rzut karny, ale po przerwie coraz częściej brał odpowiedzialność za przyspieszenie akcji. Gdy w doliczonym czasie zastąpił go Gonçalo Ramos, PSG zyskało klasycznego napastnika w polu karnym, ale straciło zawodnika, który potrafił samemu stworzyć przewagę. Arsenal w dogrywce musiał przede wszystkim odzyskać oddech.

Dogrywka okazała się nieunikniona

Pierwsza część dogrywki była więc przede wszystkim próbą sił. PSG chciało utrzymać rytm z końcówki drugiej połowy, ale brak Dembélé zmieniał sposób prowadzenia ataków. Arsenal bronił niżej, ale próbował już częściej wyjść z własnej połowy. Nie wyglądał jak zespół, który całkowicie pogodził się z czekaniem na rzuty karne. Zmęczenie zaczęło być coraz ważniejsze od taktycznych założeń. Gabriel i Saliba musieli nie tylko wygrywać pojedynki w powietrzu, ale też asekurować boczne sektory, gdy PSG przenosiło grę z jednej strony na drugą. Po drugiej stronie Marquinhos i Pacho też nie mogli czuć się spokojnie, bo każde dłuższe podanie w kierunku Gyökeresa groziło wielkim niebezpieczeństwem. Impasu nie udało się przełamać żadnej ze stron, więc o wyniku finału musiały zadecydować rzuty karne.

REKLAMA

Serię jedenastek zaczęło PSG. Achraf Hakimi wygrał losowanie, paryżanie strzelali jako pierwsi i robili to przed własnym sektorem. Gonçalo Ramos długo czekał na gwizdek, ale nie dał się wybić z rytmu. Uderzył pewnie, Raya poszedł w drugą stronę. Arsenal odpowiedział golem Viktora Gyökeresa. W drugiej serii przewagę dał PSG Désiré Doué. Chwilę później Eberechi Eze uderzył obok bramki. To był pierwszy moment, w którym Arsenal znalazł się pod ścianą. Londyńczyków utrzymał jeszcze w grze David Raya, broniąc strzał Nuno Mendesa. Declan Rice wykorzystał swoją próbę i po trzech seriach znów był remis.

Potem presja wróciła na Arsenal. Hakimi trafił na 3:2 dla PSG, Martinelli odpowiedział mocnym strzałem i wyrównał. W piątej serii Lucas Beraldo uderzył skutecznie, więc Gabriel Magalhães musiał strzelić, żeby przedłużyć finał. Brazylijczyk przeniósł piłkę nad bramką, po czym padł na murawę. PSG wygrało konkurs rzutów karnych 4:3 i po raz drugi z rzędu sięgnęło po Ligę Mistrzów. Arsenal był bardzo blisko, ale finał znów skończył się dla niego niepowodzeniem.

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    Droga na Mundial - książka Mistrzów Polski

    48 reprezentacji. 48 historii. 300 stron autorskich analiz, felietonów i anegdot.

    Przeczytaj o naszej książce →

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ