Magdalena Fręch była w Meridzie naprawdę o włos od tego, żeby wrócić do domu z drugim tytułem w karierze. A skończyło się tak, jak bywa w sporcie najczęściej: serce mówiło „jeszcze chwila”, a tablica wyników brutalnie przypomniała, że finały wygrywa się detalami. Polka przegrała z Cristiną Bucsą 1:6, 6:4, 4:6, po ponad dwóch godzinach grania na nerwach – i swoich, i kibiców.
Początek meczu? Taki, który potrafi odebrać apetyt nawet największym optymistom. Fręch weszła w finał jakby z lekko zaciągniętym hamulcem ręcznym. Bucsa od razu poczuła krew, świetnie czytała serwis Polki i szybko zrobiła sobie przewagę. Fręch gubiła rytm, miała problemy z utrzymaniem podania i zanim na dobre zdążyła się „rozpakować” na korcie, set uciekł 1:6. Krótko mówiąc – wyglądało to tak, jakby mecz miał się skończyć szybciej niż niedzielny obiad.
Drugi set to już była zupełnie inna Fręch. Więcej odwagi, więcej pewności w uderzeniach, mniej nerwowego grania „byle przetrwać”. Szybko zrobiło się 3:0 i nagle Bucsa musiała gonić. Hiszpanka próbowała wrócić, dorzuciła presję, podkręciła intensywność wymian – tylko że tym razem Polka nie pękła. Dowiozła seta do końca i wygrała 6:4. Finał zaczął wyglądać jak finał, a nie jednostronny pokaz.
Magdalena Fręch walczyła do końca
Trzeci set był już czystą walką. Punkt za punkt, gemy długie, dużo grania na granicy ryzyka. W pewnym momencie Bucsa odjechała na 4:1 i to był moment, w którym wielu zawodniczek po prostu by „zgasło”. Fręch nie. Jeszcze raz złapała kontakt, przełamała rywalkę, doprowadziła do 4:5 i dała sobie szansę, żeby wrócić na dobre. I właśnie wtedy zabrakło najmniej widowiskowej, ale najważniejszej rzeczy w tenisie: spokoju w tym jednym, kluczowym gemie serwisowym. Fręch straciła podanie, Bucsa domknęła mecz i tytuł został w jej rękach.
Czy to boli? Jasne. Finał WTA 500 i porażka po takiej gonitwie zawsze zostawia niedosyt. Ale to jest też tydzień, po którym zostaje coś więcej niż „prawie się udało”. Fręch zagrała trzeci finał w karierze, w turnieju wysokiej rangi, i pokazała, że nawet gdy zaczyna fatalnie – potrafi odwrócić mecz. Do tego dochodzi konkretny efekt w rankingu: skok z 57. na 36. miejsce. Trofeum nie przyjechało do Polski, ale wrażenie jest takie, że Fręch coraz częściej będzie w miejscach, gdzie o trofea się walczy. A jeśli to ma być cena za to, żeby następnym razem domknąć finał na swoją korzyść – to trudno o lepszą inwestycję.
