Jagiellonia Białystok strzeliła 4 gole, ale nie pokonała Legii

Czy Legia Warszawa może spaść z Ekstraklasy? Tego typu pytanie przewija się od wielu tygodni, jednak ostatnio takie obawy dopadły nawet sympatyków stołecznego klubu. Rywalizacja na dole tabeli jest zacięta, rywale nie zamierzają odpuszczać, a Legia swoje pierwsze zwycięstwo pod wodzą Marka Papszuna zanotowała dopiero w minionej kolejce. O osiągnięcie kolejnego było o tyle trudno, że jej rywalem była Jagiellonia Białystok. Przy Łazienkowskiej wierzono jednak, że drużyna Adriana Siemieńca po morderczej rywalizacji z Fiorentiną będzie wyczerpana fizycznie.

Jagiellonia mogła rozstrzygnąć mecz przed przerwą

Wiara w słabość Jagiellonii okazała się niezasadna już w 3. minucie rywalizacji. Wtedy właśnie Kajetan Szmyt został sfaulowany w polu karnym przez Otto Hindricha i wydawało się, że gospodarze zaczną od mocnego uderzenia. Arbiter skorzystał z VAR-u i po chwili zdecydował o anulowaniu jedenastki. W 17. minucie drogę do siatki znalazł Leon Flach i tym razem sędzia nie miał wątpliwości, wskazując na środek boiska. Po kolejnych pięciu minutach prowadzenie Jagiellonii podwyższył Afimico Pululu.

REKLAMA

Plan Marka Papszuna zaczął się oddalać. Miało być cenne zwycięstwo na tle zmęczonej Jagi, wyszło 0:2 po ledwie 22 minutach gry. Gdyby nie interwencje Hindricha i pech, gdy Pululu trafił w poprzeczkę, białostoczanie mogliby rozstrzygnąć mecz już w pierwszej połowie. Tymczasem tuż przed zmianą stron, po akcji Patryka Kuna i dośrodkowaniu Kacpra Chodyny, piłkę do własnej siatki skierował Bernardo Vital. To zwiastowało ogromne emocje w drugiej połowie.

„Pościg” Legii tylko połowicznie udany

Po zmianie stron Legia Warszawa robiła dokładnie to, co robić musiała. Jagiellonia broniła się przed wysokim pressingiem gości, którzy coraz odważniej zagrażali bramce Abramowicza. Piłkarze Marka Papszuna szukali swoich szans po dośrodkowaniach w pole karne i — co nieco zaskakujące — łatwo dochodzili do piłki. Sygnałem ostrzegawczym dla Jagiellonii było uderzenie Milety Rajovicia w słupek, jednak to, co nie udało się napastnikowi, „zrealizował” Leon Flach. Amerykanin zamknął wrzutkę… kierując futbolówkę do własnej siatki. Gol pechowy, ale z pewnością nieprzypadkowy.

Adrian Siemieniec widział, ile sił kosztuje jego zawodników trudna rywalizacja z Legią. Jagiellonia Białystok próbowała kontrować, warszawianie dalej szukali szans po tym, co wychodziło im najlepiej — groźnych wrzutkach. Niestety, Mileta Rajović to prawdopodobnie największy pechowiec w polskiej lidze, który potrafi oddać strzał i jednocześnie samemu go zablokować.

Gospodarze wiedzieli, że nawet w przypadku remisu, i tak pozostaną liderem PKO BP Ekstraklasy. Oczywiście, w idealnym scenariuszu, mogliby wypracować przewagę nad resztą stawki. Obecny sezon jest jednak szalony, i 38 punktów w 22 kolejkach okazuje się świetnym rezultatem. Gorzej wygląda sytuacja piłkarzy Marka Papszuna. Legia Warszawa w drugiej połowie ruszyła w pogoń za Jagiellonią, zdołała doprowadzić do remisu, ale do osiągnięcia zwycięstwa zabrakło skuteczności. Na 11 kolejek przed końcem rozgrywek ligowych, Legia pozostaje w strefie spadkowej.

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    144,622FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ