Nowy trener, stara Legia. Stępiński pokazał Rajoviciowi jak się strzela

Fatalnie wyglądała murawa w Poznaniu, Legia Warszawa zaś trochę lepiej. Choć do określenia jej „dobrą” jeszcze bardzo daleko. Popisy Milety Rajovicia kosztowały jednak Wojskowych punkty. Duńczykowi trochę strzeleckiego fachu pokazał Mariusz Stępiński. Jego gol zagwarantował Koronie Kielce zwycięstwo na początek rundy wiosennej.

Nie jest tak źle, jak za panowania Inakiego Astiza. Marek Papszun nie okazał się cudotwórcą, i pstryknięciem palca nie odmienił stołecznego zespołu. Tutaj nawet największy fachura potrzebowałby trochę czasu, więc i nowemu trenerowi Legii trzeba go dać.

REKLAMA

Czasu na boisku nie warto jednak dawać Rajoviciowi, bo człowiek się łudzi, że napastnik zacznie strzelać gole, a ten nie zamierza tego robić. Przez cały mecz niewidoczny, w kluczowych momentach zawodzi. Duńczyk miał perfekcyjną szansę na przełamanie się i doprowadzenie do remisu w meczu z Koroną. Dwie pieczenie na jednym ogniu. Za pierwszym razem górą okazał się Xavier Dziekoński (sam sprokurował jedenastkę), ale Rajović stanął przed szansą na odpokutowanie pudła. Dobitka znów trafiła w bramkarza Kielczan, a kibice zgromadzeni na stadionie nie mogli uwierzyć w marność strzelca Legii.

Boisko nie sprzyjało płynnej grze, ale trochę piłki nożnej oglądaliśmy. Podopieczni Jacka Zielińskiego wymieniali piłkę na krótko, a gol zdobyty przez Mariusza Stępińskiego tylko ich ośmielił. Powracający z wieloletnich zagranicznych wojaży ligowiec w świetny sposób przywitał się z PKO BP Ekstraklasą. Miękka wrzutka za linię obrony padła jego łupem i minimalne trącenie głową dało prowadzenie Scyzorom.

Legia goniła, drugiego karnego Rajoviciowi nie dali

Legia była na musiku, ale w ofensywie wyglądała, jakby cierpiała. Był moment, że Vahan Bichakhchyan miał w sobie tyle werwy, że sam próbował ciągnąć ten wózek. Ormianin szybko jednak zgasł, nie tworząc zbyt wielu konkretnych sytuacji swoim kolegom. Korona ustawiała się zaś do kontrataków i co jakiś czas zaskakiwała wysoko ustawioną defensywę Legionistów. Spod opieki urywali się Hubert Zwoźny, Wiktor Długosz czy Konrad Matuszewski, a piłka nawet wpadła raz do bramki po główce Stępińskiego. Gol nie został uznany ze względu na pozycję spaloną, a niedługo później Antonin postanowił sam zepsuć świetną okazję na podwyższenie prowadzenia. Nie podzielił się piłką ze Stępińskim, a wydawało się to lepszym wyborem.

Prócz Stępińskiego w meczu zadebiutował także Simon Gustafson i dziesięć minut po wejściu sprokurował rzut karny. Cieszyła się z tego obrotu spraw Legia, gdyż tym razem już nikt nie myślał o wręczaniu piłki Rajoviciowi. Ciężar trafienia z wapna wziął na siebie Bartosz Kapustka i zrobił to tak, jak robić się to powinno – pewnie i skutecznie.

Nie było jednak pójścia po pełną pulę. Bliżej tego była Korona. Po rajdzie Długosza dwa razy uderzał Matuszewski. Raz trafił słupek, raz poprawił w poprzeczkę. W „Turbokozaku” natłukłby punktów, do Kielc jego drużyna wróciła z trzema. Stępiński w końcówce błysnął instynktem snajpera i znalazł się tam, gdzie trafiła piłka po wstrzeleniu jej w pole karne. Bezlitosne wykończenie sprawiło, że zaczął rundę od dubletu i zapewnienia zwycięstwa na Łazienkowskiej. Jak wracać, to właśnie w taki sposób.

A Rajović pewnie dalej stoi w polu karnym i czeka, czy piłka spadnie mu na głowę. Żeby się tylko chłopak nie przeziębił.

Legia Warszawa – Korona Kielce 1:2 (k. Kapustka 76′ – Stępiński 23′, 90′)

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    144,145FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ