Norwegia i Anglia miały o co grać, i to o dużo więcej, niż tylko półfinał. Ekipa ze Skandynawii robi furorę na pierwszym od 28 lat mundialu. Zyskali nie tylko miejsce w czołowej ósemce, ale też sympatię kibiców całego świata, którzy z różnych zakątów świata, nie tylko w domach w Oslo wiosłują przez Amerykę razem z nimi. A na północy Europy panuje istna, piłkarska gorączka. Podobnie jak na Wyspach Brytyjskich, gdzie wróciła wiara, że po 60 latach futbol wreszcie wróci do domu. Anglicy również grają świetnie, w starciu z Meksykiem zapewnili istne show. Tam jednak takie ambicje wracają co 4 lata, a nasila się to przy tak zdolnym pokoleniu, jakie do dyspozycji ma Thomas Tuchel.
Spokojne, cierpliwe wejście
Lepiej w to spotkanie weszli Anglicy, czego w sumie można było się spodziewać. Synowie Albionu od początku przywłaszczyli sobie piłkę i cierpliwie szukali okazji bramkowej. W pierwszych minutach potrafili błysnąć, chociażby Elliott Anderson, który ładnie przerzucił piłkę na skrzydło w 2. minucie. Norwegia oparła swoją grę na doskokach pressingowych i korzystaniu z błędów rywali. W 6. minucie tak się stało, Alexander Sørloth skutecznie przejął piłkę, szukał podaniem Erlinga Haalanda, ale go nie znalazł. Obydwa zespoły grały z rozmysłem, ostrożnie, bez brawury. Zwłaszcza Anglia miała dużo do stracenia.
Mecz nie był jakiś szczególnie porywający. Oglądało się go lepiej dzięki świadomości, o co piłkarze grają. Anglia wymieniała podania raz za razem, jakby chciała wręcz zahipnotyzować obrońców. Ci jednak zachowywali czujność, Norwegowie byli dobrze ustawieni i przygotowani taktycznie. Przydałoby im się jedynie przejąć piłkę na trochę dłużej, zamiast jedynie patrzeć na to, co robi przeciwnik i gubić się przy pressingu. W 23. minucie Nico O’Reilly prawie wbił piłkę do bramki. Pachniało golem dla Anglików, z każdą minutą coraz mocniej. Ale też i po 30 minutach grania Norwegia wreszcie się budziła i powoli się rozkręcała. Podopieczni Ståle Solbakkena mieli coraz więcej do powiedzenia. W 33. minucie John Stones łatwo stracił piłkę w polu karnym. Na szczęście Anglików Haaland nie połapał się w porę, że ma setkę do wykorzystania.
Piękna bramka i szybka odpowiedź
Okrętowi, przemierzającego przez mistrzostwa świata, z 26 wiosłującymi osobami, złapał wiatru w swoje żagle. Norwegia robiła się groźna, nie była już jedynie biernym obserwatorem. Zaledwie 3 minuty po stracie Stonesa pojawiła się na horyzoncie kolejna okazja. I tutaj zespół z Wielkiej Brytanii już wyczerpał limit szczęścia. Przy piłce znalazł się Andreas Schjelderup, był w dobrym miejscu do dośrodkowania. Ale mimo ostrego kąta 21-latek oddał strzał. Idealny, wypieszczony, zniewalający, niczym ta jedna koleżanka z klasy na studniówce. Jordan Pickford nie miał szans, cudowna bramka! A to nie był koniec, bo Norwegia miała swój moment. W 39. minucie próbowął jeszcze Sørloth, ale minimalnie nad poprzeczką.
Anglia chciała odpowiedzieć, ale nie potrafiła się przebić przez obronę. Obronę, która jest uznawana za największą wadę Norwegów. Przed przerwą było wciąż gorąco. Mogło być 2:0 dla Norwegii, ale Sorloth popsuł kontratak. A wicemistrzowie Europy znaleźli jednak sposób na przebicie się. Jude Bellingham dostał podanie, trzy kontakty, strzał i bramka wyrównująca. Synowie Albionu wracają do gry, Anglia eksplodowała! Jeszcze z golem na przerwę by zszedł Harry Kane, gdyby nie pułapka ofsajdowa rywala.
Początek drugiej połowy był bardzo zbliżony do tej pierwszej, jakby ktoś zrestartował ten mecz. Podopieczni Thomasa Tuchela ponownie skupili się na ataku pozycyjnym, dość nudnym i powolnym. Różnica była tylko taka, że Norwegowie częściej dochodzili do głosu, niż przed przerwą. Spotkanie zrobiło się naprawdę wyrównane. W 56. minucie Torbjørn Heggem świetnie główkował po rzucie rożnym i ponownie wyprowadził Norwegię na prowadzenie. Do analizy VAR. Haaland powalił jednego z Anglików, co było podstawą do anulowania bramki. Od tego momentu tempo słabło.
Anglia melduje się w półfinale!
Końcówka regulaminowego czasu gry była napięta, dalej nic nie było wiadomo. Na kwadrans przed końcem lepiej radzili sobie Norwegowie, którzy dostali zastrzyk świeżych sił na skrzydłach. Zszedł bardzo aktywny Schjelderup, ale równie dynamicznie zaczął Oscar Bobb. W 76. minucie Skandynawom zabrakło niewiele, jedynie szczęścia. Fredrik Aursnes główkował i trafił w poprzeczkę, po czym przeciwnicy wybili piłkę. 2 minuty później centrostrzał Bukayo Saki, minął on jednak bramkę. Gdyby nie gigantyczna wartość rynkowa, to kluby Ekstraklasy już by sobie ostrzyły zęby na Anglika. Saka w takim Piaście Gliwice czy Koronie Kielce, ale by to śmigało… Wracając do Miami, końcówka to były piłkarskie szachy. Choć niezbyt porywające, to mogły zadowolić obecnego na trybunach Magnusa Carlsena, bo jego ojczyzna radziła sobie naprawdę dobrze. Ale nie na tyle, żeby domknąć mecz w 90 minut.
Decydujący cios przyszedł z lekkim opóźnieniem, bo w 93. minucie. Morgan Rogers oddał mocny strzał z dystansu, którego Orjan Nyland nie zdołał złapać. Do dobitki pokazał się Bellingham, a Norweg nie miał tu nic do gadania. W takich sytuacjach bramkarz rzadko kiedy ma szanse. Kilka minut później mógł być rzut karny, po tym jak Djed Spence upadł w polu karnym. Anglik jednak zbyt nachalnie próbował sprowokować jedenastkę i sędzia podjął dobrą decyzję, faulu nie było. Norwegia nie dawała za wygraną, w 109. minucie huknął Patrick Berg, ale daleko od celu.
Może wynik na to nie wskazuje, ale obydwa zespoły zapewniły kibicom doskonałe widowisko. Nie przez 90 minut, pierwsze pół godziny jest w ogóle do zapomnienia, ale reszta spotkania potrafiła trzymać w napięciu. A w szczególności w tej aurze niewiadomej. Bo spotkały się dziś dwie równorzędne drużyny, które dostarczyły argumentów za tym, że zasługują na dalszą grę na mundialu. Sport bywa brutalny, kończy się piękna przygoda Norwegów. Ale jest to pożegnanie z godnością, ich rodacy z pewnością pękają z dumy. Anglicy z kolei potwierdzili, że są silni i interesuje ich tylko jedno – końcowy tryumf. W rewelacyjnej formie jest Bellingham, a to kapitalne wieści dla wyspiarzy przed meczem o wielki finał.
