Lech Poznań przez ostatnie lata był postrzegany jako klub, który chce być wielki, ale przez osoby decyzyjne w klubie nie potrafi wejść na ten poziom. Uważano, że przy Bułgarskiej bardziej liczy się to, aby „Excel świecił się na zielono” niż drużyna osiągała sukcesy sportowe. Niemniej jednak, w ostatnich latach coś się zmieniło. Drugie mistrzostwo Polski z rzędu dla Lecha każe już przestać powielać mit o tym, że to źle zarządzany klub.
Moment zwrotny
W kwietniu 2023 roku, gdy Lech Poznań jako pierwszy polski zespół awansował do ćwierćfinału Ligi Konferencji Bogusław Leśnodorski w programie Stan Futbolu na Weszło ostrzegał przed zachwytami nad Kolejorzem. – Ci goście są 15 lat w tym Lechu i dalej się uczą. I to na tych samych błędach. Punkt wyjścia przed przyszłym sezonem mają bardzo dobry. To zebrane doświadczenie jest bardzo cenne. Jak tego nie rozmienią, to może być dobrze. Ale rozmienią, bo oni już tak mają – wbił szpilkę w Lecha były właściciel Legii Warszawa. Okazało się, że Leśnodorski miał rację. W następnym sezonie Lech nie zakwalifikował się do europejskich pucharów, pod koniec rundy jesiennej zwolnił Johna van den Broma, a sezon kończył z Mariuszem Rumakiem jako trenerem i nie zakwalifikował się do Europy. W ostatnim meczu sezonu przy Bułgarskiej zamiast standardowego dopingu można było usłyszeć popularne, radiowe piosenki, a kibice przynieśli na stadion piłki plażowe.
Dla Lecha okazał się to moment zwrotny. Od następnego sezonu zespół objął Niels Frederiksen i rozpoczął się okres pełen sukcesów. W dwa lata Lech zdobył dwa mistrzostwa Polski i ponownie wystąpił w Lidze Konferencji, gdzie doszedł do 1/8 finału. Tytuł w obecnych rozgrywkach jest tym bardziej imponujący, że Kolejorz zrobił coś, co nie udawało się innym drużynom w Ekstraklasie od bardzo dawna:
- Jako pierwszy zespół od 2021 roku obronił tytuł mistrza Polski.
- Jako pierwszy od 2017 roku wygrał ligę, łącząc rozgrywki krajowe z europejskimi pucharami.
- Jako pierwszy od 2003 roku zdobył mistrzostwo, grając do marca na trzech frontach (liga, europejskie puchary, Puchar Polski).
- Ponadto w XXI wieku tylko raz zdarzyło się, aby mistrz Polski rozegrał więcej meczów od tegorocznego Lecha (54).
Taka przemiana Lecha w tak krótkim czasie była możliwa, ponieważ klub stoi na solidnych fundamentach. Zespół mógł zmienić się na boisku, ponieważ długofalowa strategia rozwoju nie ulegała zmianie.
Lech stawia na wychowanków
Oczkiem w głowie właścicieli Lecha Poznań jest akademia. Przy Bułgarskiej dbają o rozwijanie młodych talentów i płynny przepływ najbardziej uzdolnionych juniorów do pierwszego zespołu. Lech nie boi się dawać szansy młodym zawodnikom. Mistrzostwo Polski obronił przy sporym udziale zawodników wychowanych w ich akademii. Wychowankowie zagrali dla Lecha aż 37,2% możliwych minut. Aby zobrazować, jak duży jest to odsetek w polskich realiach, trzeba przywołać statystykę. Otóż – poza Lechem – tylko jeszcze w Zagłębiu Lubin w obecnym sezonie gracze z akademii rozegrali powyżej 15% minut.
Ponad 10 meczów w wyjściowej jedenastce w obecnym sezonie ligowym miało sześciu wychowanków Lecha – Bartosz Mrozek (32), Antoni Kozubal (29), Michał Gurgul (26), Wojciech Mońka (18), Mateusz Skrzypczak (16) i Robert Gumny (11). Trzech z nich to piłkarze urodzeni jeszcze w XX wieku, którzy albo wybili się w innych klubach (Mrozek i Skrzypczak) albo wrócili do Poznania po zagranicznych wojażach (Gumny). Antoni Kozubal, Michał Gurgul oraz Wojciech Mońka to natomiast piłkarze młodsi, którzy zostali wprowadzeni do podstawowego składu przez Nielsa Frederiksena, stale notują postępy i w niedalekiej przyszłości mogą przynieść klubowi ogromne zyski finansowe. Właściwie w drugiej części sezonu trudno było wyobrazić sobie podstawową jedenastkę Lecha bez któregoś z tej trójki. W zespole walczącym o mistrzostwo Polski trzech wychowanków, będących w wieku uprawniającym ich jeszcze do gry w młodzieżowych reprezentacjach, to coś praktycznie niespotykanego. To najlepszy dowód, jak znakomitą pracę wykonuje Akademia Lecha.
Jakościowi obcokrajowcy
Jeden z głównych zarzutów w stronę Lecha Poznań w niedalekiej przeszłości dotyczył oszczędności. Lech nie był skłonny do podejmowania ryzyka na rynku transferowym, ponieważ – zdaniem opinii publicznej – ważniejsze było, aby tabelki w Excelu miały zielony kolor. Taki opis zupełnie jednak nie pasuje do zespołu, w którym stężenie jakości na metr kwadratowy boiska jest zdecydowanie najwyższe w całej lidze. Lech swoich wychowanków obudował bardzo dobrymi obcokrajowcami, którzy potrafią zrobić indywidualną przewagę. W klubie przede wszystkim skoncentrowali się na rynku skandynawskim oraz portugalskim i w tych rejonach potrafią znaleźć piłkarza, który swoje umiejętności przełoży na boisku Ekstraklasy, a jednocześnie wpisze się w system gry zespołu.
Lech Poznań w ostatnich latach nie jest już klubem, który boi się wydawać pieniądze na transfery. W ostatnich sezonach Lech zawsze sprowadzał piłkarza, za którego płacił – według szacunków portalu Transfermarkt – ponad milion euro. Zaczęło się od sezonu 2021/22, gdy ściągnęli Adriela Ba Louę (to był akurat niewypał) oraz Kristoffera Velde. Rok później na Bułgarską trafił Afonso Sousa. Kolejny sezon – Ali Gholizadeh. Następnie – Patrik Walemark. Latem tego roku sprowadzono natomiast Yannicka Agnero oraz Pablo Rodrigueza. Przed startem kończącego się już sezonu Kolejorz pokazał, że potrafi zaryzykować z inwestycjami nie tylko wtedy, gdy ma na to wolne środki, ale także w celu osiągnięcia wyniku. Do eliminacji LM zespół przystępował bez trzech kontuzjowanych skrzydłowych (Gholizadeha, Walemarka i Hakansa), a Afonso Sousa szykował się do odejścia z klubu. Lech więc sprowadził Leo Bengtssona i Pablo Rodrigueza, wypożyczył Luisa Palmę, mając świadomość, że grając jesienią w Europie, będą potrzebować szerokiej kadry.
Spójna wizja i dział naukowy
Ważną rolę w procesie, który doprowadził Lecha do tego miejsca, gdzie jest obecnie, odgrywa również dział naukowy. W Poznaniu idą z duchem czasu, nie zamykają się na nowoczesne podejście, w którym decyzje podejmowane są na bazie wielu statystyk. Celem Lecha było zbudowanie zespołu grającego ofensywnie i po przeanalizowaniu Nielsa Frederiksena w klubie doszli do wniosku, że to jest trener, który spełnia ich wymagania. Drugą kluczową kwestią dla Lecha jest intensywność. Klub we współpracy z działem naukowym doszedł do wniosku, że – jak pisał Przegląd Sportowy – to ten czynnik odróżnia zespoły Ekstraklasy od drużyn regularnie grających w Europie z innych lig europejskich spoza czołówki. Klub stworzył więc profile motoryczne piłkarzy na poszczególne pozycje i wyznaczył minimalne granice, które musi spełniać zawodnik. O poziom intensywności Niels Frederiksen dbał również w procesie treningowym. W ten sposób Lech stał się najlepszą technicznie drużyną w Ekstraklasie, która jednocześnie nie ma braków w intensywności.
Można mówić, że Lech jest słabym mistrzem, ponieważ średnia 1,79 pkt/mecz rzeczywiście nie imponuje i w niewielu ligach wystarczyłaby, aby w ogóle walczyć o tytuł. Niemniej jednak, Ekstraklasa jest specyficzną, bardzo wyrównaną ligą, a tegoroczny tytuł dla Lecha to przede wszystkim sukces konsekwencji w działaniu klubu. Lech Poznań obecnie stoi na najbardziej stabilnych fundamentach. Ma akademię, która dostarcza wychowanków do pierwszego zespołu oraz przynosi korzyści finansowe. Posiada jasno sprecyzowany model gry oraz profile piłkarzy na poszczególne pozycje, których potrzebuje, więc potrafi ściągać z zagranicy zawodników, którzy robią różnicę. Jest otwarty na rozwój i za sprawą działu naukowego ciągle szuka wypracowania potencjalnej przewagi nad konkurencją w detalach.
Lech Poznań zerwał już z łatką źle zarządzanego klubu. Teraz jest projektem, na który reszta Polski może patrzeć z zazdrością i przykładem, że trzymanie się wytyczonej wizji bez względu na podpowiedzi z zewnątrz to słuszny kierunek rozwoju.

