Był taki moment w rundzie jesiennej, w którym uwierzyłem, że Cracovia może powalczyć o tytuł mistrzowski. Z perspektywy czasu taka teza brzmi kuriozalnie, ale w połowie września ubiegłego roku drużyna Luki Elsnera wyglądała naprawdę dobrze. Po rozbiciu Górnika Łęczna w STS Pucharze Polski (5:1) wydawało się, że Pasy mają sporo atutów po swojej stronie — dobrego trenera, głębię składu i klasowych liderów. Wygrywają w lidze, wygrywają w pucharze mimo gry rezerwowymi. To były dobre sygnały na resztę sezonu, tymczasem pasiasty okręt okazał się dziurawy, coraz szybciej zaczął nabierał wody, a w połowie kwietnia 2026 r. jest bliski zatonięcia.
Zepsuło się wszystko, co zepsuć się mogło
Cracovia pogorszyła wyniki w stosunku do jesieni z kilku dość wyraźnych powodów. Przede wszystkim zimą wokół klubu zrobiło się znacznie mniej optymistycznie niż kilka miesięcy wcześniej. Po niezłej pierwszej części sezonu drużyna nie weszła w rundę rewanżową z poczuciem spokoju, tylko w atmosferze zmian i niepewności. Jakie plany ma obecny właściciel? Czemu służą „zmiany na górze”? Jakie są finansowe możliwości klubu? Kto będzie strzelał gole po odejściu Filipa Stojilkovicia? Pytań pojawiło się dużo, zabrakło konkretnych odpowiedzi. Kibice zaczęli obawiać się o przyszłość klubu, podobnie jak sztab trenerski i sami zawodnicy. Pozytywna atmosfera z jesieni stała się przeszłością.
Jesienią Cracovia miała zawodników, którzy potrafili dawać konkrety pod bramką i przesądzać o losach meczów. Kiedy zabrakło jednego z ważniejszych punktów odniesienia w ataku, od razu było widać, że drużyna nie ma już tej samej siły rażenia. Wiktor Bogacz dawał nadzieję, ale szybko doznał kontuzji i pożytek z niego okazał się niewielki. Zimowe transfery nie dały poprawy jakości, czuć za to było sporo regresu formy.
Z czasem coraz bardziej widoczny stał się też brak regularności. Jesienią Cracovia może nie dominowała rywali, ale sprawiała wrażenie zespołu uporządkowanego, który wie, jak zdobywać punkty. Ma swój pomysł i konsekwentnie go realizuje. Część rywali zaczęła się tego uczyć, inni nie. Na miejsce w górnej części tabeli pewnie by wystarczyło, ale wiosną pojawiły się mecze chaotyczne, serie bez zwycięstw i coraz większa nerwowość. A kiedy zespół traci pewność siebie, zaczyna grać ciężej i popełnia więcej błędów. Jesienią rywale mogli obawiać się konsekwentnej i pewnej siebie Cracovii, wiosną jedynie Nieciecza punktuje z gorszą skutecznością.
Cracovia nie radzi sobie z kryzysem
Na końcu wyszło też to, że jesień mogła trochę zamaskować realne ograniczenia tej drużyny. Gdy wyniki się zgadzały, łatwiej było przymknąć oko na braki jakościowe czy problemy w ofensywie. Wiosna obnażyła je dużo mocniej. Cracovia nie miała wystarczająco dużo jakości, by utrzymać tempo z pierwszej części sezonu, a kiedy przestała wygrywać, wszystkie słabości stały się od razu bardziej widoczne.
Luka Elsner już na początku marca miał składać dymisję – sugerując, że drużyna potrzebuje wstrząsu. Pojawił się kryzys, a zarządzanie nim okazało się fatalne. Słoweniec nie dostał narzędzi, by poprawić grę drużyny. Sam chyba także nie wierzył, że zespół stać na coś więcej niż utrzymanie. Oczywiście każdy obserwator gry Cracovii szybko zrozumiał, że udana jesień była wynikiem ponad stan, a szeroka kadra nie jest tak szeroka, jak mogło się wówczas wydawać. W decydujących momentach zaczęło brakować jakości i liderów, którzy zapanują nad chaosem.
Czy zmiana trenera będzie ratunkiem? Być może doraźnym. Pasy nadal mają bowiem kilku piłkarzy, którzy mogą w pojedynkę rozstrzygać wyniki spotkań. Wciąż nie wiadomo jednak, jaki jest pomysł na ten klub. Ma rozwijać młode talenty i sprzedawać z zyskiem? Zostanie dokapitalizowany, żeby walczyć w europejskich pucharach? Czy celem ma być spokojny rozwój, czy jednak wymiana połowy składu co sezon? W tym okręcie zdecydowanie brakuje sternika, który sprawi, że reszta uwierzy w przyszłość Cracovii. Dziś to klub, w którym pojawia się najwięcej „czerwonych flag” i który nawet przy utrzymaniu daje wiele wątpliwości co dalej.
