Dwie wytrawne drużyny jak się spotkają na boisku, to nie ma przebacz. Super oglądało się rozgrywanie piłki, celne podania i przerzuty. Brakowało jednak piłkarskiego mięsa. Strzałów celnych. Bramek. Więcej takiej rywalizacji obejrzeliśmy w drugiej połowie meczu Legia Warszawa – Górnik Zabrze, ale wciąż można mieć niedosyt. Takie marki mogłyby dać większe widowisko.
W pierwszej połowie nie obejrzeliśmy celnego strzału. Oba zespoły realizowały swoje plany taktyczne na mecz. Nie dało się przyczepić do linii defensywnych, gdyż te grały niemalże bezbłędnie. Górnik Zabrze parę razy głupio tracił piłkę na własnej połowie, jednakże było to pokłosie ich stylu. Przyjezdni chcieli skorzystać z równego, warszawskiego boiska i wszystko co mogli, to rozgrywali po ziemi. Spokojne rozgrywanie od tyłu kibice gospodarzy kwitowali gwizdami. Nie podobało im się to, że ich ulubieńcy biegają za piłką.
Legia w drugiej połowie konkretniejsza
Narzekaliśmy na brak konkretniejszych okazji, więc sypnęło nam ich w drugiej części meczu. Choć znów celnych prób nie oglądaliśmy, to trzeba przyznać, że Legia Warszawa wrzuciła wyższy bieg i wzięła się do mozolnej, ofensywnej roboty. Grę na siebie zaczął też odważniej brać Wojciech Urbański i to po jego akcji prawą stroną Damian Szymański groźnie uderzał obok słupka. Gdyby nie obcierka po kolanie Pawła Bochniewicza, to Marcel Łubik mógłby mieć gorąco. Zdecydowanie woleliśmy oglądać takie próby ataków, niż te fizyczne z pierwszej połowy. Sędzia Damian Kos miał trochę roboty, bo pikarze ścierali się ze sobą przy każdej możliwej spornej piłce. Górnik Zabrze po kanonadzie ze strony rywala zdołał się ogarnąć i odepchnął zespół Marka Papszuna od swojej bramki.
Nie wiemy, czy na konferencji trener Legii będzie zamierzał chwalić któregoś ze swoich piłkarzy indywidualnie, ale jeśli się na to zdecyduje, to mamy kandydata. Radovan Pankov był dzisiaj prawdziwą defensywną ostoją swojego zespołu, a przy okazji dawał pierwiastek szaleństwa w grze do przodu. Miał trochę pecha, że Wojciech Urbański nie sięgnął do świetnej prostopadłej piłki przeszywającej dwie linie Zabrzan, bo mógłby mieć asystę rodem z kompilacji. Uderzał też na bramkę Łubika, choć piłka powędrowała tylko w boczną siatkę.
Legia pchała jednak konsekwentnie do przodu i po jednej z wielu wrzutek udało się Kacprowi Urbańskiemu oddać strzał. Nie wpadł on do bramki, ale trafił w rękę Rafała Janickiego. Sędzia Kos po obejrzeniu powtórki wskazał na jedenasty metr. Rafał Augustyniak kopnął tak, że lepiej się chyba nie dało.
Górnik Zabrze nie bardzo potrafił odpowiedzieć, ale w samej końcówce Michał Rakoczy strzałem ze skraju pola karnego przetestował bezrobotnego Otto Hindricha. Wychowanek Cracovii podszedł następnie do rzutu rożnego, a po jego dośrodkowaniu gola zdobył Paweł Bochniewicz. Cios w samej końcówce i w Warszawie kończymy z remisem. Zabrzanie mogą się cieszyć, że uratowali wynik, a Legioniści zwiesić głowy, bo było blisko zdystansowania się od strefy spadkowej.
