Cały piłkarski Poznań żył nadzieją, że Kraków okaże się szczęśliwy. Odwrócenie losów dwumeczu jawiło się jako trudne zadanie, acz nie niewykonalne. Trochę jak w filmach z serii „Mission Impossible”, gdzie Ethan Hunt grany przez Toma Cruise’a dokonuje niemożliwego. Lech Poznań miał swojego Ethana, tyle że ze Szwecji. Filmowego zakończenia happy endem jednak nie było.
Taktyka Kolejorza na rewanż z Szachtarem Donieck była dość nieoczekiwana. Poznaniacy musieli gonić wynik, ale nie wyszli na murawę z otwartą przyłbicą. Pressing zakładali dopiero od linii środkowej, dając ukraińskiej drużynie swobodnie rozgrywać piłkę. Kluczem do sukcesu była cierpliwa gra i zamykanie półprzestrzeni. Zdyscyplinowany w przesuwaniu Lech czyhał na swoją okazję, a gdy już dopadł do piłki, to szybko i sprawnie przemieszczał się w kierunku bramki Dmytro Riznyka.
Bramkarz Szachtara skapitulował przed przerwą dwa razy – dwukrotnie pokonywał go Mikael Ishak. Kapitan Poznaniaków w 14. minucie wykończył głową świetne dogranie Taofeeka Ismaheela, a tuż przed przerwą pewnie trafił z rzutu karnego. Wszystko zaczynało się od nowa.
Formalny gospodarz rewanżu był groźny, bo każde wyższe podejście to pojedynek 1 vs. 1 bocznej strefie boiska. Brazylijscy piłkarze pokazywali, że dobrze czują się na krakowskiej murawie, ale większego zagrożenia dla bramki Bartosza Mrozka z tego nie było. Lech natomiast jak już zlepił kontratak, to oglądaliśmy szybkie wymiany podań w pionie oraz poziomie, co za każdym razem zaskakiwało defensywę rywala.
Lech Poznań odpada po walce
Po przerwie kalkulowania było o wiele mniej. Kolejorz poczuł, że zwierzyna jest ranna i jak wytrawny myśliwy ruszył, żeby ją dobić. Szachtara ratował jednak Riznyk. Ukrainiec świetnie zachował się po strzale Joela Pereiry i dobitce Antoniego Kozubala. Paręnaście minut później do bramki trafił Gisli Thordarson, ale wcześniej będący na spalonym Pablo Rodriguez utrudniał golkiperowi interwencję.
Polską drużynę dopadł jednak znany wszystkim wirus, czyli strata bramki po losowych odbiciach piłki. Joao Moutinho zamknął dośrodkowanie z lewego skrzydła, tyle że pakując piłkę do własnej bramki. W dwumeczu znów prowadził zespół Ardy Turana.
Szachtar spróbował zaatakować po raz drugi, ale Lech już się nie dał. Niels Frederiksen spróbował jeszcze zwiększyć siłę rażenia, wymieniając zawodników ofensywnych na „świeżych”. Na boisku pojawili się Leo Bengtsson, Ali Gholizadeh oraz Patrik Walemark, a później nawet Yannick Agnero. Kozubal został w środku pola sam, ale nie było czego bronić. Ofensywniej się już nie dało zagrać, ale na bramkę Riznyka Lech nie oddał nawet strzału. To ukraiński zespół korzystał z ogromnych przestrzeni za linią obrony i konstruował ataki zaczepne. W doliczonym czasie gry strzał lewą nogą Ishaka odbijał Riznyk, a Walemark zniweczył naprawdę dobrą kontrę strzałem w trybuny.
Lech Poznań wygrał, ale w dwumeczu przegrał. To by było na tyle z przygody polskich klubów w Lidze Konferencji. Na kolejne europejskie wieczory będziemy musieli poczekać do lipca.
