Lech Poznań po raz trzeci w tym sezonie zagrał mecz na sztucznej murawie i w końcu nie miał w związku z tym żadnych problemów. W końcu z Breidablikiem były momenty grozy, a wspomnienie wyjazdu na Gibraltar wywołuje gęsią skórkę. Kuopion Palloseura okazał się kompletnie bezradny, choć głównie dzięki szybko otrzymanej czerwonej kartce, i Kolejorz wygrał z nim 2:0.
Losy pierwszej odsłony dwumeczu 1/16 finału Ligi Konferencji rozstrzygnęły się właściwie w pierwszych 12 minutach. Najpierw Lech wykorzystał scenariusz „Zabrze” i w 9. minucie objął prowadzenie po rozegraniu rzutu rożnego. W polu karnym powstało trochę chaosu, wbić piłkę do siatki próbował Mikael Ishak, ale zbyt lekko w nią trafił. Jednak gdyby nie jego starania, wykończyć akcji nie mógłby Antoni Kozubal. A tak to młody pomocnik mógł cieszyć się z drugiej bramki w Lidze Konferencji i w ogóle trzeciej w barwach Kolejorza.
Potem niebiesko-biali otrzymali prezent od Joslyna Luyeye-Lutumby, który bezpardonowo potraktował z łokcia… Kozubala. Piłkarz finlandzkiej drużyny dostał czerwoną kartkę, a wychowanek klubu z Poznania zaliczył udział w drugim ważnym w tym spotkaniu wydarzeniu. Poza tym, mimo że zszedł już w przerwie, to zaprezentował się z dobrej strony, pokazując waleczność w centrum boiska.
Lech wykorzystał fakt, że Kuopion sam wypisał się z rywalizacji
Nietrudno było sobie wyobrazić, że Poznaniacy skorzystają z gry w przewadze jednego zawodnika. O skali bezradności gospodarzy niech świadczy fakt, że w pierwszej połowie oddali oni zaledwie jeden strzał – i to zablokowany. Podopieczni trenera Nielsa Frederiksena grali cierpliwie, szukając kolejnego gola. Udało się im to w 41. minucie po wymianie piłki między Mikaelem Ishakiem a Taofeekiem Ismaheelem. Nigeryjczyk znalazł się w polu karnym i z dość nieoczywistej pozycji uderzył mocno na dalszy słupek, podwyższając wynik na 2:0.
W pierwszej odsłonie Finowie potrafili jeszcze od czasu do czasu pognać z ciekawie zawiązującą się akcją. Natomiast w drugiej byli już całkowicie bezradni. Nie dość, że nie zgrozili Bartoszowi Mrozkowi ani razu (zero strzałów!), to Lechici z łatwością odbierali piłkę na wysokości linii środkowej. Przez większość czasu kombinowali pod szesnastką przeciwników, jak by ich ugryźć. Trochę sytuacji się nagromadziło – niezłych okazji nie wykorzystał Ismaheel, zaskoczyć stojącego w bramce Johannesa Kreidla chciał też po uderzeniu z rzutu wolnego Patrik Wålemark.
Choć rezultat pozostał taki sam, to Lech przed rewanżem z Kuopionem Palloseurą wypracował sobie solidną zaliczkę. Ponadto dał szansę powąchać murawę w dwójce bardziej rezerwowych zawodników. Gisli Thordarson rezerwowym był siłą rzeczy, bo leczył kontuzję. W dłuższym wymiarze czasowym, niż to miało miejsce ostatnio, zobaczyliśmy również Joao Moutinho.
