Powrót Ekstraklasy miał w Poznaniu wyglądać zupełnie inaczej. Zamiast kontrolowanego startu i sygnału „wracamy na swoje tory”, kibice zobaczyli zespół przeciętny w podstawach, spóźniony w reakcjach i przegrywający większość starć – zwłaszcza tych, które zwykle budują przewagę na własnym stadionie. Lechia wygrała 3:1 nie dlatego, że zagrała futbol totalny, tylko dlatego, że była lepiej przygotowana do meczu bez piłki, konsekwentna w pojedynkach i bezlitosna dla błędów gospodarzy.
Po końcowym gwizdku Niels Frederiksen nie szukał wymówek. Ton wypowiedzi był jasny: problemem nie był detal, tylko poziom drużyny jako całości.
„To jeden z tych dni, kiedy trudno powiedzieć coś pozytywnego po meczu. Zaprezentowaliśmy się znacznie poniżej oczekiwań. Brakowało nam nawet podstawowych, elementarnych elementów w grze. Jeśli dochodzi do takiej sytuacji, jak dzisiaj, to nie da się myśleć o zwycięstwie. To było bardzo rozczarowujące spotkanie dla mnie i dla wszystkich.”
W tym jednym fragmencie jest sedno. Lech nie przegrał „przez pecha”, tylko dlatego, że nie dowiózł fundamentów – intensywności, koncentracji, organizacji w momentach krytycznych.
Lechia Gdańsk z wzorową defensywą?
Na konferencji po meczu John Carver podkreślał, że to najlepszy występ defensywny jego zespołu w tym sezonie. I trudno się z tym kłócić. Goście bronili dostępu do bramki mądrze i ofiarnie. Dobrze wypełniali strefy, blokowali uderzenia, a w polu karnym praktycznie „wyłączyli” przestrzeń dla dośrodkowań. Lech był w powietrzu bez argumentów – rywale czyścili praktycznie wszystko, a jeśli już dali się zaskoczyć, to tylko raz i nie po wrzutce, lecz po płaskim dograniu, które otworzyło drogę do jedynego trafienia gospodarzy.
Równie ważne było to, co Lechia robiła po odbiorze. Widać było wyraźny plan na przejście z obrony do ataku: krótkie podania, przeniesienie gry wyżej i szukanie momentu, w którym można przyspieszyć. To nie musiało wyglądać efektownie – wystarczyło, że było powtarzalne i skuteczne.
Bramki stracone na własne życzenie
Najbardziej bolesne dla Lecha jest to, że gole nie wynikały z długotrwałego naporu rywala, tylko z błędów, które na tym poziomie są po prostu niewybaczalne.
Przy pierwszej bramce kluczowy okazał się otwarty prawy korytarz i brak właściwej asekuracji przed polem karnym – Lechia dostała tam autostradę, a Camilo Mena mógł napędzić akcję bez realnej presji. Drugi gol to samobój – takie sytuacje się zdarzają, ale w tym meczu były symbolem chaosu i nerwowości. Piłka trafiła w Antonio Milić, a Lech zamiast złapać oddech po przerwie, jeszcze bardziej się posypał. Trzecia bramka zaczęła się od straty po niedokładnym podaniu Mateusz Skrzypczak. Najgorsze było jednak to, co stało się później: brak natychmiastowej reakcji po błędzie, zbyt wolny doskok i zbyt łatwe oddawanie przestrzeni w strefie, w której nie wolno jej oddawać.
Piłkarze Lecha Poznań krytyczni względem postawy Kolejorza
Wypowiedzi piłkarzy brzmiały tak, jakby szatnia nie miała złudzeń: to nie była „wpadka”, tylko mecz, w którym zespół przegrał charakterystyczne dla siebie elementy.
Leo Bengtsson mówił wprost:
„Tragedia. Nie wiem, co się stało, po prostu katastrofa. Nie mam pojęcia, co się stało po przerwie, ale zdecydowanie za łatwo straciliśmy bramki. Pozwoliliśmy im wygrać każdy pojedynek. Musimy teraz wrócić do domu i przemyśleć nasz występ. Jak spojrzymy na siebie w lustrze, powinniśmy powiedzieć, że to, co zagraliśmy, nie było wystarczające. Musimy wrócić do naszej odpowiedniej formy we wtorek.”
Z kolei Patrik Wålemark jeszcze mocniej podkreślił temat intensywności i „prostej” pracy bez piłki:
„Wszyscy jesteśmy rozczarowani, to nie jest to, czego oczekiwaliśmy. Po kilku tygodniach przerwy i pracy spodziewaliśmy się czegoś więcej, okropne uczucie. Nie wygrywaliśmy pojedynków, a nie wygrasz meczu piłkarskiego bez tego elementu. Na papierze powinniśmy dzisiaj odnieść zwycięstwo, ale jeśli nie dajesz z siebie 100%, żeby dobrze wykonać podstawowe zadania, to nie zdobędziesz trzech punktów.”
Lech Poznań przegrał mecz w miejscach, w których zwykle buduje przewagę – w pojedynkach, w reakcji po stracie i w odpowiedzialności za kluczowe strefy.
Po przerwie zimowej można było liczyć na to, że pewne zachowania zostaną uporządkowane, tymczasem obraz Pablo Rodríguez znów był szarpany. Dużo decyzji podejmowanych o ułamek sekundy za późno, sporo strat i niedokładności, a pierwsze naprawdę sensowne zagrania pojawiały się dopiero po dłuższym czasie. Nawet jeśli miał momenty, w których potrafił zagrać progresywnie, to w takim meczu trener musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy bilans zysków i strat nadal się zgadza – zwłaszcza jeśli zawodnik zostaje na boisku do końca mimo widocznych problemów.
Lech Poznań dostał czytelny sygnał ostrzegawczy.
Sama jakość kadry „na papierze” nie daje punktów, jeśli brakuje podstawowej ostrości w grze. Lechia pokazała, że dobrze zorganizowana defensywa, wygrywanie powietrza i konsekwencja w pojedynkach potrafią zabrać faworytowi tlen. Teraz presja jest po stronie gospodarzy – bo jeśli po takim meczu reakcja nie będzie natychmiastowa, to ten wynik zacznie ciążyć nie tylko w tabeli, ale też w głowach.
