Kanada całkiem nieźle rozpoczęła mundial na swojej ziemi. Remis z Bośnią i Hercegowiną nie jest może idealnym wynikiem, ale Kanadyjczycy zdobyli wtedy swój pierwszy punkt w historii występów na mistrzostwach świata. Dopiero na trzecim turnieju ta sztuka im się udała. A tego samego dnia identycznego osiągnięcia dokonali ich dzisiejsi rywale, czyli Katarczycy. Zespół z Bliskiego Wschodu doskonale wypunktował słabość i mizerność Szwajcarów, zapisując sobie historyczne oczko na konto. Wiadomo było, że przynajmniej jedna z tych drużyn powiększy swój wyjątkowo duży dorobek. A co za tym idzie, zrobi ogromny krok w stronę fazy pucharowej, co dla obu reprezentacji byłoby niemałym sukcesem.
Mecz do jednej bramki
Co kibicom mogło spodobać się najbardziej, to fakt, że obie reprezentacje wyszły na siebie z otwartością i ofensywnym nastawieniem. Jako pierwsi cios wymierzyli Katarczycy, ale nieskutecznie. Kanada szybko starała się odpowiedzieć. Miała nieco lepsze te pierwsze minuty, a w 7. minucie potwierdziła to groźną okazją. Jonathan David miał sporo miejsca na przyjęcie dośrodkowania i oddał niezły strzał, ale Mohamad Abunada był na posterunku. Przewaga podopiecznych Jessego Marscha zarysowywała się coraz mocniej z każdą minutą. Aż w końcu przypieczętowali ją za pomocą tego, co w futbolu najważniejsze. W 16. minucie David potężnie huknął w stronę bramki. Abunada zdołał to obronić, ale źle, pod nogi Cyle’a Larina. Z bliska dobił i strzelił drugiego gola na tym mundialu. Na konto swoje i całej Kanady.
Na jednej bramce reprezentacja Kraju Klonowego Liścia nie miała zamiaru się zatrzymywać. Kanadyjczycy chcieli iść za ciosem, przycisnęli skutecznie Katar do własnej połowy. Nie spuszczali z tempa, wciąż intensywnie atakowali i co najistotniejsze, dominowali na murawie w Vancouver. Grali tak, jakby chcieli rozkochać całą Kanadę w futbolu. W końcu nie ma na to lepszej okazji, niż mundial w ojczyźnie. I patrząc na ich dotychczasowe poczynania, to wychodziło im to bardzo dobrze. A w 29. minucie podkręcili wynik. Piłka nieszczęśliwie odbiła się od Boulaema Khoukhiego, dając szansę Davidowi na gola z woleja. Napastnik Juventusu walnął idealnie, niczym Wayne Gretzky na lodowiskach NHL, i podwoił prowadzenie Kanady.
Cudownie grająca Kanada i poważna kontuzja…
Dwa stracone gole to nie był koniec kłopotów Katarczyków. W 32. minucie Tajon Buchanan wychodził na sytuację sam na sam, ale Homam Al Amin bezpardonowo go powalił. Za to został ukarany czerwoną kartką. Przy takiej dominacji Kanadyjczyków, a także fakcie, że resztę spotkania Katar musi dograć w dziesięciu, to można było śmiało zaryzykować stwierdzenie, że było już po meczu. A została jeszcze godzina grania, z doliczonym czasem. Kilka minut później znowu uderzył Buchanan, ale czujnie na linii bramkowej interweniował obrońca. Gra Kanady w pierwszej połowie ocierała się wręcz o perfekcję. Trudno znaleźć tu mankamenty. A pozytywy jeszcze tuż przed przerwą. Po świetnej wrzutce Alistaira Johnstona uderzył Joel Waterman. Abunada sobie poradził, ale nie z dobitką Davida.
Drugą połowę Kanada rozpoczęła z równie wysoką intensywnością. Trener Marsch potrafił wykrzesać ze swoich podopiecznych to, co najlepsze. Taką Kanadę oglądało się z wielką przyjemnością, która nie dawała Katarczykom wejść w posiadanie piłki choćby na chwilę. Wiele się jednak pozmieniało w 52. minucie. Assim Madibo sfaulował Ismaela Koné, lecz jak się okazało, bardzo poważnie. Kanadyjczyk długo nie był w stanie podnieść się z boiska, a ze słów piłkarzy wynikało, że złamał nogę. Nie dał rady zejść o własnych siłach. Madibo był bardzo zrozpaczony, bo nie chciał wykluczyć rywala z mundialu. Nawet nie protestował, gdy sędzia pokazał mu czerwony kartonik.
The Canucks szybko się podnieśli po tej fatalnej kontuzji. W 64. minucie blisko pola karnego faulowany był jeden z Kanadyjczyków. Rzut wolny wykonywał Nathan Saliba, który wszedł za Koné. Zmiennik trafił bezpośrednio do bramki, a ręce ułożył w cyfrę „8” i pobiegł po koszulkę, dedykując gola koledze.
DEKLASACJA! DEMOLKA! LA ZABAWA!
Przy takiej słabości Kataru i takim głodzie goli Kanady, to na 4:0 wcale nie musiało się skończyć. To, jak podopieczni Jesse Marscha zarządzali meczem, było wprost imponujące. Utrzymywali wysokie tempo w zasadzie przez cały czas. Byli nie do zajechania. Tym bardziej, że Katarczykom zostało już tylko odliczać do końcowego gwizdka i modlić się, żeby gospodarze jeszcze im nie dołożyli. Ich próśby nie zostały wysłuchane. W 75. minucie Jacob Shaffelburg niecelnie uderzył, ale jeszcze gorzej interweniował Al Mannai. Wyglądało to tak, jakby zrezygnowany po prostu wbił ją do własnej bramki. Kanada nie miała dość. Ani na chwilę. A w doliczonym czasie gry David jeszcze sobie kopnął leżącego. Bo kto mu zabroni?
Patrząc na przebieg tego spotkania, 6:0 to paradoksalnie dość łaskawy wynik dla Katarczyków. Rozegrali oni bowiem wprost koszmarny mecz. Nie mieli tu w zasadzie nic do powiedzenia, nic nie zagrali, a na jakiekolwiek pochwały to tylko Abunada zasługuje. Jeśli najlepszym piłkarzem drużyny jest bramkarz, to nie świadczy to dobrze o grze zespołu. Ale może żeby tak nie pastwić się nad biednymi Katarczykami, to lepiej docenić mistrzowską grę Kanady. Niemal perfekcyjny mecz w wykonaniu gospodarzy. Trudno o znalezienie błędów. Intensywność, która robiła ogromne wrażenie, bo trudno jest utrzymywać taką przez całę 90 minut. To mecz, który z pewnością zapisze się w historii kanadyjskiego sportu. Good job, Mr Marsch!

