Katar, czyli gospodarz poprzedniego turnieju mistrzostw świata rozpoczął tegoroczne rozgrywki od starcia ze Szwajcarią, która w trzech ostatnich edycjach docierała do 1/8 finału. Z kolei Katarczycy na swoim domowym mundialu nie zdołali wyjść z grupy, przegrywając wszystkie trzy spotkania. Statystyki sugerują, że podobny los może ich spotkać również na tym turnieju. Dlatego Helweci bez wątpienia byli murowanym faworytem tego meczu, co było czuć już od pierwszego gwizdku sędziego.
Różnica jakości piłkarskiej
Oba zespoły były zdeterminowane przed meczem, by go wygrać. W pierwszym meczu grupy B pomiędzy Kanadą a Bośnią i Hercegowiną padł remis, dlatego potencjalne zwycięstwo dawałoby już na starcie sporą przewagę. Na początku spotkania doskonałą sytuację dla Katarczyków zmarnował Edmilson Junior. Helweci po tej okazji postanowili przejąć nad zespołem prowadzonym przez Julena Lopetegui’ego.
Szwajcaria z minuty na minutę coraz bardziej powiększała swoją przewagę. Sytuacje rosły wraz z posiadaniem piłki. Katarczycy jedynie co byli w stanie robić to się bronić i próbować pojedynczych zrywów. Zespół Murata Yakiego dopiął swego w 17. minucie. Po faulu bramkarza na Remo Freulerze w polu karnym jedenastkę na gola pewnym strzałem zamienił Breel Embolo.
Różnica klas widoczna była gołym okiem. Szwajcarzy dyktowali warunki, narzucali tempo takie jakie chcieli i kazali biegać swoim przeciwnikom za piłką. Katarczycy wyglądali jak dzieci zagubione we mgle, które nie wiedzą co dokładnie robić na boisku. Zespół Julena Lopeteguiego nie wyglądał na drużynę, która zasłużyła na to by w tym meczu być. Do przerwy było tylko 1:0 dla Szwajcarów, jednak tylko i wyłącznie dlatego, że Helweci nie podkręcali przesadnie tempa. Aż strach pomyśleć jakby wyglądali gospodarze poprzedniego turnieju mistrzostw świata, gdyby tylko Szwajcarom się bardziej chciało.
Podwyższanie prowadzenia?
Wydawać by się mogło, że przed Szwajcarami zadanie na drugą połowę było bardzo łatwe. Mianowicie strzelić jeszcze jedną bramkę, a najlepiej dwie. „Zabić” mecz, zrobić zmiany i myśleć już o następnych meczach grupowych z poważniejszymi rywalami, jakimi bez wątpienia są Bośnia i Hercegowina oraz Kanada. Niestety dla Helwetów sprawy się komplikowały na ich własne życzenie.
Katarczycy co prawda nie kwapili się do ataków, ponieważ po prostu brakowało im jakości piłkarskiej. Jednak ekipa Murata Yakiego nie potrafiła wrzucić wyższego biegu. Z jakiegoś powodu grali bardzo powolnie i nie potrafili przeprowadzić kilku składnych akcji, które miałyby dać większe prowadzenie. Wszystko było pod kontrolą, lecz chyba nie o to do końca chodziło. Gdyby na boisku grali lepsi piłkarze niż ci, których w tym meczu na boisko posłał Julen Lopetegui to z pewnością obraz meczu, jak i wynik byłby inny i mniej korzystny dla Szwajcarów.
Jedni nie potrafili, choćby nie wiadomo jak bardzo chcieli. Drudzy natomiast nie grali nawet na 50% swoich możliwości, grając na zaciągniętym hamulcu i tylko czekając na końcowy wynik. A ten idealnie odzwierciedlał to co działo się w całym meczu, a zwłaszcza w drugiej połowie.
Gdy wydawało się, że jest już po meczu, to Szwajcarów dopadła klątwa minimalizmu. W 94. minucie wyrównanie i pierwszy historyczny punkt na mistrzostwach świata dla Katarczyków strzelił Boualem Khoukhi. Sensacja to mało powiedziane, ale jak to w futbolu – niewykorzystane sytuacje lubią się mścić. Zamiast pewnego zwycięstwa Szwajcaria traci punkty i w grupie B po pierwszej kolejce wszystkie cztery drużyny mają taki sam bilans bramkowy jak i punktowy. Historia i sensacja, na którą się nie zapowiadało.

