Zarówno Cracovia, jak i Pogoń Szczecin znalazły się w trudnym położeniu. Przed pojedynkiem obu zespołów zgromadziły po 37 punktów. Taka suma w normalnym sezonie PKO BP Ekstraklasy dawałaby utrzymanie. Niestety dla nich, ten sezon to po prostu jedna wielka anomalia. W Krakowie, gdzie przez dłuższy czas widmo spadku było nieobecne, ostatnio zrobiło się nerwowo. W 7 ostatnich spotkaniach Pasy wygrały tylko raz. To poskutkowało zmianą trenera – dziś w roli szkoleniowca zadebiutował Bartosz Grzelak. Ekipa z Pomorza Zachodniego radzi sobie tylko troszeczkę lepiej. W 7 kolejkach przed wyjazdem do Krakowa Portowcy wygrali trzykrotnie. O spokoju ducha po jednej i drugiej strony nie było mowy. To było kluczowe starcie w kontekście walki o utrzymanie.
Cracovia w tarapatach
Jeśli trzeba by było wskazać drużynę, która lepiej weszła w to spotkanie, to byłby to zespół ze stolicy Małopolski. Cracovia już w 6. minucie wypracowała sobie groźny atak, zakończony dobrym, lecz niecelnym strzałem Ajdina Hasicia. Nie była to może wielka dominacja, bo Pogoń potrafiła podejść pod bramkę Sebastiana Madejskiego. Niemniej Pasy nabierały stopniowo tempa i spychały Szczecinian do defensywy. To było o tyle łatwiejsze, że podopieczni Thomasa Thomasberga mieli niemałe kłopoty z oddaniem strzału. Przełamali się dopiero w 17. minucie, za sprawą kapitalnego rajdu Paula Mukairu. Nigeryjczyk trafił przy tym prosto w bramkarza. Szybko się jednak poprawili. Chwilę później w posiadaniu piłki znalazł się Kellyn Acosta. Amerykanin nie uderzył mocno, wyglądało to trochę nawet jak przyadkowy strzał. To jednak wystarczyło do tego, żeby wyprowadzić Pogoń na prowadzenie.
Cracovia szybko próbowała odpłacić pięknym za nadobne. W 20. minucie Karol Knap huknął z dystansu, lecz Valentin Cojocaru dobrze się spisał między słupkami. Był na siebie zły po tej próbie. Pogoń również nie miała zamiaru odpuszczać. W 28. minucie po raz kolejny z indywidualną akcją ruszył Mukairu. Tym razem chciał zagrać bardziej zespołowo i podał do Filipa Ćuicia. Niepotrzebnie. Cała akcja spełzła na niczym. Mecz wyraźnie zwolnił i ciekawych sytuacji było mniej. W 38. minucie w dobrym miejscu znalazł się Martin Minczew, ale Bułgar mocno przestrzelił. Cracovia miała spore problemy ze znalezieniem odpowiedzi na trafienie Acosty. Jeśli już miała okazję, to nie potrafiła jej należycie wykorzystać. Bo z takich, jak ta z 45. minuty z udziałem Minczewa, trzeba po prostu robić użytek. Do przerwy Krakowianie przegrywali jedną bramką i Bartosz Grzelak miał zapewne wiele do powiedzenia podopiecznym w szatni.
Takie okazje trzeba wykorzystywać
Początek drugiej połowy nie należał do najbardziej porywających. Obydwa zespoły weszły w nią dość powoli i spokojnie. Bez groźnych akcji, bez strzałów, w ciągu pierwszych 10 minut tej części spotkania. I Cracovia, i Pogoń nie rozgrywały wcale wybitnego meczu. Owszem, Portowcy prowadzili, lecz ich gra ani trochę nie rzucała na kolana. W 55. minucie Pasy mogły to w końcu wykorzystać. Ale takie wykańczanie akcji woła wręcz o pomstę do nieba. Hasić prostopadle zgrał piłkę kolegom w polu karnym. Podanie Bośniaka aż prosiło się o zamienienie na gola. Najpierw nie przeciął go Jean Batoum, a potem Minczew uderzył wysoko ponad poprzeczką. Na trybunach ryk niezadowolenia, w pełni uzasadnionego.
Pogoń straciła kontrolę nad meczem, ale spokój? Raczej nie. Tym bardziej, że Cracovia nie wyglądała na zespół, który byłby w stanie realnie zagrozić przyjezdnym ze Szczecina. W 64. minucie znowu zrobiło się nieprzyjemnie w polu karnym Pogoni. Na szczęście Portowców skończyło się jedynie na chwili napięcia. Płaskie dośrodkowanie Pasów minęło każdego zawodnika w jedenastce rywala. Krakowianie chyba nie chcieli wcale wygrać tego meczu, bo jak można marnować tak doskonałe sytuacje? Przejęli wprawdzie inicjatywę, naciskali na Szczecinian, ale tu trzeba było konkretów. Zwłaszcza przy miernym dziś wykończeniu.
1. Liga patrzy w oczy Cracovii
Piłkarze w czerwono-białych koszulkach na 20 minut przed końcem meczu grali trochę jakby byli już pozbawieni wiary. Pogoń w tej drugiej połowie nie pokazywała w zasadzie nic wielkiego. Cracovia miała doskonałe okazje, które jedynie marnotrawiła. Batoum zapewne jeszcze na boisku chciałby wymazać to spotkanie z pamięci, Kameruńczyk grał bowiem wręćz katastrofalnie. Na trybunach stadionu w Krakowie było bardzo nerwowo, wulgaryzmy płynęły z nich jeden za drugim. Wielu z kibiców zapewne tęskniło w tym czasie za Filipem Stojilkoviciem. Czas uciekał Pasom nieubłaganie, a nic nie wskazywało na to, że doprowadzą do wyrównania. W 84. minucie jakiekolwiek myśli o remisie mógł im wybić z głowy Sam Greenwood, gdyby w prostej sytuacji nie trafił w słupek.
I kiedy wydawało się, że Cracovia będzie musiała pogodzić się z porażką, to na ratunek ruszył Kahveh Zahiroleslam. Amerykanin irańskiego pochodzenia wreszcie znalazł sposób na trafienie do siatki i uratował Pasom remis. Czasu na odpowiedź Portowcy w zasadzie już nie mieli. I choć w ostatniej chwili udało się Cracovii wyrwać remis, to dzisiejsze spotkanie wcale nie świadczy dobrze o ich grze. To był popis nieudolności w ofensywie i gdyby nie te zmarnowane, świetne okazje, to Pasy byłyby górą. A tak to muszą zadowolić się jedynie punktem. Jednakże przy tak zaciętej walce każde oczko jest na wagę złota, i dla Cracovii, i dla Pogoni.
