Czym kibic piłki nożnej zawinił, że Ekstraklasa pokarała go nie jednym, a dwoma meczami bez bramek jednego dnia. Lech Poznań nie zdołał przebić się przez płocki mur. Kolejorz bił głową w mur, a gola nie był nawet blisko. Wisła Płock natomiast skoncentrowana na defensywie niewiele pokazała z przodu. Nafciarzom pasował ten remis.
Pierwsza połowa – nudy. Nie pomogła nawet przerwa spowodowana zadymieniem. Lech Poznań nie miał pomysłu na zaskoczenie ustawionej defensywnie Wisły Płock. Ta z kolei miała problem z wymieniem paru celnych podań z rzędu, na co narzekał w wywiadzie podczas przerwy Marcin Kamiński. Płocczanie często wybierali dłuższe podanie zamiast rozegrania piłki po ziemi.
Po przerwie sytuacja na stadionie w Płocku znacząco się ożywiła. Lechowi dalej nie wychodziły stałe fragmenty gry, które nie generowały żadnego zagrożenia, ale zaczął grać szybciej w strefie obronnej Wisły. Poznaniacy bardzo często szukali wrzutek w pole karne – górą i po ziemi – ale brakowało tam kogoś, kto o to dośrodkowanie powalczy. Naturalne było, że z ławki będzie musiał podnieść się Mikael Ishak. Defensywa Nafciarzy górowała jednak w powietrzu także po wejściu Szweda.
Wszystko wskazywało na to, że będzie to mecz „do zapomnienia”. 0:0 po przeciętnym widowisku. Można było się spodziewać Wisły grającej za podwójną gardą, ale zazwyczaj podopieczni Mariusza Misiury potrafili płynnie przechodzić z obrony do ataku i wyprowadzać celne ciosy. Lech natomiast mógłby wrzucać piłkę jeszcze tysiąc razy w pole karne, a i tak pewnie nie zdobyłby gola. Po tych wrzutkach najczęściej brakowało nawet strzału. Stoperzy Wisły do końca zachowali czujność i koncentrację.
Ogólnie obejrzeliśmy tylko cztery strzały celne przez całe 90 minut. Zaznaczyć jednak trzeba, że próby te wielu problemów bramkarzom nie przysporzyły.
