Szturm na Europę. Cztery drużyny posłane w bój [RAPORT Z PUCHARÓW]

Komplet polskich drużyn zagra w Lidze Konferencji. Mogło być lepiej, ale taki scenariusz przed rozpoczęciem eliminacji przyjmowalibyśmy z pocałowaniem ręki. Nie każdy dwumecz potoczył się najlepiej, niekiedy mieliśmy do czynienia z prawdziwym dreszczowcem (tętno podczas oglądania Legii to miniumum 150 uderzeń na minutę). Niemniej jednak jesienią będziemy świadkami czterech pięknych przygód – oby komplet zespołów zameldował się także w fazie pucharowej. Ale zanim to, zapraszam na raport z pucharów.

Wygrana niedająca Ligi Europy

Poznaniacy zagrają w Lidze Konferencji. Był to plan minimum, który wypełniony został dwa dwumecze temu – po przejściu Breidabliku. Nie wyszła Liga Mistrzów, nie wyszła Liga Europy. Lech Poznań okazywał się gorszy od Crvenej zvezdy Belgrad oraz KRC Genk. Osłabiony kadrowo, popełniający karygodne błędy w defensywie i często bezradny w ataku.

REKLAMA

Jednakże Kolejorz swoimi poczynaniami potrafił wyciągnąć remis w Belgradzie, a także ograć Belgów na wyjeździe. Oczywiście – po pierwszych meczach raczej było wiadomo, jaki będzie rezultat rywalizacji, a Lech w każdym z tych meczów tracił gola jako pierwszy. Niemniej jednak patrząc na pozytywy, to udało się wyciągnąć punkty do rankingu UEFA. Mówi się o nim co chwilę, i fakt – można poczuć, że trochę za często jest podnoszony argument rankingu. Ale to jest faktycznie ważne, a te 0,250 punktu zdobyte w czwartek w Belgii może okazać się niezwykle ważne w przyszłości. Tym bardziej, że poznaniacy mają przed sobą teraz całą fazę ligową LK.

Wróćmy jednak do rewanżu z KRC Genk. Lista zawodników, z których nie mógł skorzystać Niels Frederiksen podczas meczu w Belgii była naprawdę zacna. Z tego powodu jako jeden ze stoperów zagrał Wojciech Mońka, a o sile ataku stanowili m.in: Bryan Fiabema i Kornel Lisman. Mało kto pewnie przypuszczał, że to właśnie ten pierwszy poda do drugiego, co będzie skutkowało bramką. Cała trójka zaliczyła naprawdę pozytywne występy, czym mogli zaskoczyć niejednego widza. Tak samo jak i cały zespół Lecha, bo mimo straty gola jako pierwsi, piłkarze zdołali odwrócić wynik i wygrać na wrogim terenie. Zwycięstwo dała ładna bramka Leo Bengtssona z rzutu wolnego. Owszem, przy obu golach więcej mógł zrobić bramkarz rywali, ale nie o tym jest ten tekst.

A warto jeszcze nadmienić, że ani KRC Genk nie wyszedł na mecz drugim składem, ani nie widać było, jakoby było piłkarzom belgijskiego zespołu obojętne, jakim wynikiem zakończy się spotkanie. W końcówce meczu wyraźnie ruszyli do ataku i byli zdeterminowani, aby doprowadzić choćby do remisu.

Raków się pomęczył, ale zwycięstwo wyciągnął

Czy Raków Częstochowa wygrał? Wygrał. Czy awansował do europejskich pucharów? Awansował. Czy znów można mieć zarzuty co do stylu odniesionego zwycięstwa? Ano można. Zwykło mówić się, że zwycięzców się nie sądzi, ale obok postawy Medalików trudno przejść obojętnie. Na usprawiedliwienie można powiedzieć, że warunki w Bułgarii nie należały do najlepszych. Płytę boiska słusznie porównywano do pastwiska. Ale warto przypomnieć, że Raków z graniem w piłkę miał problemy już wcześniej. W meczach z MSK Zilina potrafił być przyciskany do muru, Maccabi Hajfa także potrafiło zaskoczyć i przejąć inicjatywę.

Na wyjeździe przeciwko Ardzie znów było gorąco. Częstochowianie rozpoczęli świetnie, bo już na samym początku gola zdobył Peter Barath. Wydawało się, że do awansu wystarczy spokojnie kontrolować wydarzenia na boisku i nie pozwolić rywalowi uwierzyć w możliwość odwrócenia losów rywalizacji. Problem w tym, że po kwadransie drużyna z Polski praktycznie przestała grać w piłkę, a przeciwnik coraz intensywniej pracował nad zdobyciem gola kontaktowego. I się go doczekał po tym, jak jedenastkę sprokurował Zoran Arsenić. Może takiemu przebiegowi meczu pomogły problemy ze snem, o których na konferencji pomeczowej mówił Marek Papszun — Ta noc była trudna ze względu na to, że dyskoteka była obok i ciężko było spać, bo tak nie wiedziałem, co zrobić — czy włączyć klimatyzację, czy zamknąć okno. Ale bałem się z kolei klimatyzacji i to okno miałem otwarte, a tam za oknem do 5 była impreza. Ale tak, jak mówię, ja nie mam problemów ze snem. Ja się nie denerwuję przed meczami na tyle, żeby mnie to denerwowało

Na boisku zrobiło się nerwowo, lecz czerwona kartka rywali i rzut karny wykorzystany (na raty) przez Iviego Lopeza pomogły w wywiezieniu z Bułgarii zwycięstwa. Raków zagra więc w Lidze Konferencji, a sam trener może odtrąbić osobisty sukces – udało mu się awansować do europejskich pucharów za trzecim podejściem z zespołem.

Zadanie wykonane

Tylko jedna drużyna przystępowała do rewanżu z niemalże pewnym awansem. Po ograniu albańskiego Dinamo City na swoim terenie wystarczyło dopełnić formalności na wyjeździe. Trzy bramki przewagi były gwarantem, a tylko jakiś kataklizm mógł to zepsuć. Jagiellonia Białystok co prawda straciła bramkę jako pierwsza, ale zdołała odpowiedzieć niedługo później. Gole padły stosunkowo późno, więc nie było już obaw, że Albańczycy poszukają szansy na awans. Kluczowe w rewanżu było to, że bardzo szybko strzeliliśmy tę bramkę na 1:1 i było czuć, że ona zamyka po prostu rywalizację w kontekście awansu – mówił na po meczu Adrian Siemieniec.

Sam mecz nie należał do najciekawszych, ale nie to jest najważniejsze. Białostoczanie po raz drugi z rzędu weszli do fazy zasadniczej europejskich pucharów, co również podkreślał opiekun Jagi – To jest dla nas niesamowity sukces i historyczna sprawa dla Jagiellonii, ale też dla polskiej piłki nożnej, bo też wspólnie budujemy to nasze dobro rankingowe, ale też pozycję w Europie.

REKLAMA

Szkoda trochę, że zamiast 0,250 punktu za zwycięstwo, z Tirany Duma Podlasia przywiozła tylko 0,100. To jednak klasyczne czepialstwo, a drużyna ma teraz przynajmniej 6 spotkań, w których może nadrobić te punkty z nawiązką.

Dreszczowiec na Łazienkowskiej

Przechodzimy do meczu, który zaczął się najpóźniej ze wszystkich. Ale trzeba też powiedzieć jasno, że przyniósł chyba najwięcej emocji. I tych pozytywnych, i tych negatywnych. Od 13. minuty wszystko było na jak najlepszej drodze, aby spokojnie awansować do europejskich pucharów i rozpocząć świętowanie. Bramka Vahana Bichakhchyana mogła być ostatnią, ale piłkarscy bogowie przygotowali na ten wieczór dla fanów coś specjalnego.

Mogę zacząć od rady? Dla wszystkich. Rozmawiajcie z rodzinami, które kochają piłkę nożną, ale nie zostawajcie trenerami. Nie jest łatwo żyć takimi wieczorami. Nie jest łatwo żyć takimi thrillerami. Nie spodziewałem się czegoś takiego. Wszystko mogło się wydarzyć, ale tego bym nie wymyślił. 15 lat jestem trenerem i wszystko przeżyłem, ale nie takie thrillery. Wszystko się wydarzyło. Czerwone kartki, poprzeczki… Było wszystko – tak komentował to Edward Iordanescu na pomeczowej konferencji.

O czym mówił rumuński trener? Ano o katastrofalnym początku drugiej połowy. Szkoci w przeciągu 11 minut doprowadzili do wyrównania, wyszli na prowadzenie i zdążyli jeszcze poprawić. Bramki zdobywane z łatwością przysparzały o dreszcze. A mogło być jeszcze gorzej, bo Kacper Tobiasz obronił jeszcze dwa celne strzały, a jeden z dystansu trafił w poprzeczkę. Legia była bezzębna, a na boisku w pewnym momencie było już 3 klasycznych napastników. Zaczęła się gra na aferę i poszukiwanie bohatera. Takowym został Jurgen Elitim – strzelec gola w jednej z ostatnich akcji meczu, który dał dogrywkę. A w niej bramkę na 3:3 zdobył Mileta Rajović, który bez pomyślunku załadował pod poprzeczkę i więcej nieprzyjemności Wojskowym się nie przytrafiło. Choć znowu trzeba podziękować Tobiaszowi, bo w ostatniej akcji meczu kapitalnie odbił strzał głową rywala. Legia dowiozła korzystny wynik i zajęła ostatnie, czwarte miejsce w składzie naszej delegacji, którą PKO BP Ekstraklasa wysyła na europejskie boje.

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    112,071FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ