Holandia już zdążyła przekonać się o trudach tegorocznego mundialu. Choć Oranje dobrze zagrali w swoim pierwszym meczu, to na ich nieszczęście w niezłej dyspozycji byli także Japończycy, z którymi zmuszeni byli podzielić się punktami. Oczywiście to nie odbiera Holandii szans na awans, ale teraz muszą punktować lepiej. Podopiecznych Ronalda Koemana interesowało tylko zwycięstwo ze Szwecją. Dla nich to pierwszy od 2014 roku mecz z europejską reprezentacją, a wspominają go doskonale, bo pokonali wtedy Hiszpanię 5:1. Tym samym wynikiem Szwedzi zainaugurowali swoją przygodę za Atlantykiem, nie mając litości do Tunezyjczyków. To już nie jest ta sama, słaba i apatyczna Szwecja, która beznadziejnie zagrała w eliminacjach. Podopiecznych Grahama Pottera stać było na to, żeby napsuć krwi Holendrom.
Dobry początek Holendrów
Kiedy wydawało się, że obydwie drużyny rozpoczęły to spotkanie zachowawczo, to z błędu wyprowadziła ich Holandia. W 6. minucie pojawiła się świetna okazja. Zaczęła się od długiego podania bramkarza, przyjął je Brain Brobbey. Oranje rozciągnęli akcję na skrzydło, Cody Gakpo zgrał płasko piłkę, a Brobbey urwał się obrońcom i z bliska trafił do bramki. Świetny start Holendrów, pierwszy strzał i pierwszy gol. Szwecja natomiast szukała odpowiedzi. Chwilę później uderzył Viktor Gyökeres, ale Bart Verbruggen zdołał sobie poradzić z tym strzałem. Półfinaliści ostatniego Euro prowadzili grę i zasłużenie prowadzili. Szybko zmienił się także wynik, oczywiście na ich korzyść. W 17. minucie Donyell Malen odnalazł na skrzydle Denzela Dumfriesa. Ten zagrał do środka, do Brobbeya i piłkarz Sunderlandu miał już na koncie dublet. Mało spektakularny, bo musiał tylko dostawiać nogę, ale wciąż musiał się odnajdywać.
Szwedzi powinni się w tym momencie bawić. W kraju aktualnie trwa Midsommar, czyli „środek lata”, jedno z najważniejszych świąt w kraju. Ale podopieczni Grahama Pottera skutecznie zabierali radość swoim rodakom. Blågult nie byli w stanie zdziałać absolutnie nic. Jeśli już wychodzili z akcją, jak w 29. minucie, to brakowało dokładności, tutaj przy przyjęciu Yasina Ayariego. Po pół godzinie gry Szwecja się wreszcie przebudziła, ale nie na tyle, żeby zdziałać coś więcej. Jednakże inicjatywa powoli przechodziła w jej ręce. Holendrzy zaczęli nieco kombinować, choć nadal mieli wszystko pod kontrolą. Czujny był Verbruggen, który obronił ważny, płaski strzał Gyökeresa w 37. minucie. To był tylko chwilowy zryw Szwedów, ale zmienił się obraz gry – była ona bardziej wyrównana.
Przebudzenie Szwecji, które nie dało nic
Holendrom zrobiło się nieco cieplej w 44. minucie. Benjamin Nygren wrzucił piłkę w pole karne z rzutu wolnego. Do niej doskoczył Gustaf Lagerbielke, który wykorzystał swój wzrost (193 centymetry) i głową umieścił ją w siatce. Wydawało się, że Trzy Korony wreszcie złapały kontakt, lecz sędzia ostudził emocje. 26-latek trochę się pośpieszył i był spalony. A jeszcze w doliczonym czasie, także z wolnego, ale bezpośrednio, uderzył Gyökeres. Tylko przytomna interwencja Verbruggena powstrzymała napastnika Arsenalu.
Jeszcze w doliczonym czasie gry potężnie uderzył Yasin Ayari, lecz górą znowu bramkarz. Z Tunezją pokazał, że umie strzelać i Holendrzy musieli go pilnować. Albo samemu powiększać swój dorobek, jak w 47. minucie. Ponownie akcja poprowadzona skrzydłem, ponownie dośrodkowywał Dumfries. Piłka przetoczyła się, dobiegł Gakpo i wślizgiem wbił ją z bliska. Wynik może i imponujący, ale wszystkie gole to był po prostu „tap-in”. Czyli sytuacje, przy których naprawdę trzeba się postarać, żeby je zmarnować. Innym sposobem Holendrzy zdobyli bramkę w 54. minucie. Po podaniu Cryscencio Summerville Gakpo pociągnął akcję samemu i uderzył celnie na bliższy słupek. Godzina do końca, a było już w sumie po zawodach.
Szwedzi jedynie z bramką honorową
Trzy Korony nie chciały jednak schodzić ze stadionu z Houston z niczym. W 57. minucie ponownie z dystansu Ayari, ale znowu zabrakło jedynie szczęścia. 2 minuty później ono już dopisało Anthony’emu Elandze. Wykorzystał prostopadłe podanie Alexandra Isaka, wyszedł sam na sam i wreszcie ograł Verbruggena. To był jednak raczej gol na otarcie łez. Taka strata wydawała się nie do odrobienia. Choć rozstrzygnięcie było już znane, to tempo meczu było zaskakująco wysokie. Nie odpuszczali Holendrzy, którzy nie chcieli dać się dogonić rywalom ze Skandynawii. Szwedzi zaś nie wyglądali na pogodzonych z porażką i szukali szansy na drugiego gola. Ich grę znacząco ożywiło wejście Elangi, który potrafił się rozpędzić i błysnąć techniką.
Tempo jednak powoli spadało. Im mniej czasu na zmianę wyniku, tym mniej działo się na boisku w Houston. Trochę nudnawo zrobiło się w końcówce, ale to ze względu na fakt, że obie strony wiedziały, jak się ten mecz skończy. Mogli walczyć jedynie o lepszy bilans bramkowy, który przy obecnych zasadach i tak miałby drugorzędne znaczenie. Przynajmniej dla Holendrów. Szwedom bardziej zależało, bo to mogło zadecydować o awansie z 3. miejsca. W 85. minucie świetnie, w stronę okienka strzelił Isak, ale jeszcze lepszą paradą popisał się Verbruggen.
Na nic te wysiłki Szwedów się nie zdały. W 89. minucie Summerville wymownym gestem pokazał wszystkim, że mogą iść już spać, że tu nic się nie wydarzy. 24-latek ładnie przedryblował i z około 16 metrów ustalił wynik końcowy. Holandia od samego początku była lepszym zespołem od Szwecji i nieustannie to potwierdzała. Pierwsza połowa nie była jednak imponująca w jej wykonaniu, na prowadzenie wyszła najprostszymi środkami. Podopieczni Grahama Pottera walczyli, stawiali opór, ale za mały dla Oranje. Świetny mecz w wykonaniu Holendrów, którzy o awans z grupy mogą być już spokojni. W przeciwieństwie do Szwedów, oni akurat muszą się wyjątkowo zmobilizować na mecz z Japonią. Bilans bramkowy nie wygląda za dobrze. Roztrwonili wszystko, co wypracowali w meczu z Tunezją.

