Hit 1. kolejki fazy grupowej MŚ 2026? Jednym z nich z pewnością jest starcie Holandii z Japonią. Na pierwszy rzut oka może brzmieć niepozornie. Jednakże to są obecnie dwa naprawdę mocne zespoły. Faworytem wydawali się Oranje, ale wcale nie takim zdecydowanym i oczywistym. Ostatnie lata w wielkich turniejach mają całkiem udane: ćwierćfinał mundialu w Katarze i półfinał na Euro 2 lata później. To duża marka i nic dziwnego, że wielu stawia Holandię na 1. miejscu w grupie F w swoich przewidywaniach. Japonii nie wolno jednak bagatelizować. W ostatnich sparingach ekipa z Kraju Kwitnącej Wiśni pokonała m.in. Anglię i Brazylię, a na ostatnim mundialu zaskoczyła Hiszpanię i Niemcy. A teraz można nawet zaryzykować stwierdzenie, że to lepszy zespół, niż w 2022.
Piłkarskie szachy
Holendrzy z przytupem rozpoczęli to spotkanie, już w pierwszych minutach mając świetną okazję. Donyell Malen znalazł się w dobrym miejscu, minął obrońcę i huknął na bramkę. Zion Suzuki miał niemałe problemy, ale zdołał przenieść piłkę na rzut rożny. Japończycy szybko wrócili do gry i po około 10 minutach gry mecz zrobił się dużo bardziej wyrównany. Takiego meczu należało się spodziewać, to znaczy ciężkiej przeprawy dla podopiecznym Ronalda Koemana. Japonia nabrała rozpędu i próbowała swoich sił w ataku pozycyjnym. Początek jednak, pomimo obiecującej akcji Malena, był dość spokojny i ostrożny po obu stronach. I Holendrzy, i Japończycy zdawali sobie sprawę z wagi tego spotkania.
Do przerwy na nawodnienie trudno było wskazać zespół, który na boisku radził sobie lepiej. Podopieczni Hajime Moriyasu mieli coś w rodzaju hikikomori. Ledwie 34% posiadania piłki, 1 strzał, w dodatku niecelny. Holandia lepiej wypadła tylko w tej pierwszej statystyce, co wcale nie musi zawsze szczególnie ważne (patrz: Australia w meczu z Turcją). Ogólnie obydwa zespoły wyszły na siebie z podwójną gardą. Żadna z drużyn nie potrafiła z kolei prowadzić gry na dłużej. Holandia z Japonią wymieniały się co chwilę inicjatywą. Okazje bramkowe? Tyle, co kot napłakał. Z każdą minutą bezbramkowy remis wydawał się coraz bardziej realny. Dopiero w 34. minucie doczekaliśmy się ciekawej sytuacji. Po rzucie rożnym ponownie Malen zmusił Suzukiego do wysiłku i tutaj również Japończyk był górą.
Pod koniec pierwszej połowy inicjatywę, tym razem na nieco dłużej, przejęła Holandia. Czy coś z niej szczególnego wyniknęło? Niezbyt. 4 strzały w 40 minut, to wygląda słabo. Inaczej, może nie tyle słabo, co świadczy o zbyt dużej zachowawczości w jej grze. Japonia to zaakceptowała i postanowiła postarać się przeczekać do przerwy z bezbramkowym remisem. Ale jeśli już pojawiła się okazja, to czemu nie spróbować? W 43. minucie uderzył Keito Nakamura, lecz jedynie w boczną siatkę. Chwilę później zaatakował Ayase Ueda, z takim samym skutkiem, jak kolega.
Szybka wymiana ciosów
Drugą połowę lepiej zaczęli Holendrzy. Nacierali na bramkę Japończyków, nabrali nieco animuszu. I przekonali się w 51. minucie, że odwaga i otwarta gra popłacają. Przy okazji uświadomili to także Japończykom. Kiedy wydawało się, że z rzutu wolnego nie będzie żadnego pożytku, do piłki dopadł Ryan Gravenberch. Wrzucił ją głęboko w pole karne, wyskoczył do niej Virgil van Dijk i oddał strzał głową. Defensor Liverpoolu uważnie przyglądał się futbolówce i czekał w napięciu na to, gdzie wyląduje. Na jego szczęście, wtoczyła się od słupka do bramki. A rywale z Kraju Kwitnącej Wiśni się zainspirowali i szybko odpowiedzieli. 6 minut później Nakamura oddał pierwszy celny strzał dla Japonii. Kąśliwe to było uderzenie i wystarczająco dobre na wyrównanie.
Mecz rozkręcił się nam na dobre. Obie drużyny wreszcie się odblokowały i pokazały, na co je stać. Wiele wskazywało na to, że na tym nie poprzestaną i nie będą grać na remis. To się potwierdziło w 64. minucie. Cryscencio Summerville nie dał się zatrzymać obrońcom i podjął dość odważną decyzję o strzale. Technicznie i skutecznie uderzył na dalszy słupek i przywrócił Oranje na prowadzenie. Przedtem mecz nabrał rumieńców. Po tym golu był czerwony jak burak. Tego właśnie oczekiwaliśmy od tego spotkania!
Holendrzy, choć prowadzili jedną bramką, to nie mogli być wcale pewni tego wyniku do końca. W końcowych minutach grali lepiej i częściej atakowali, ale wystarczył jeden błąd, jedna kontra i po 3 punktach. Dopóki rezultat był dla nich korzystny, to starali się narzucać własne warunki gry. W 73. minucie Cody Gakpo zrobił sobie dużo miejsca i sprawdził czujność Suzukiego między słupkami. Japończyk nie zawiódł. Zespół z Kraju Kwitnącej Wiśni próbował także atakować, lecz był w tym bardzo niedokładny. Jedną okazję miał Junya Ito, ale strzałem prosto w bramkarza trudno jest go pokonać. I kiedy wydawało się, że Japończycy już się godzą powoli z porażką, to na ratunek przyszedł Koki Ogawa w 89. minucie. Uderzył głową na bramkę, lecz… trafił Daichiego Kamadę i strzelił za niego gola na wagę remisu.
I Holandia, i Japonia pokazały się z dobrej strony. To był naprawdę wyrównany mecz, zespołów o podobnej klasie. Gdyby wskazać zespół, który zagrał nieco lepiej, to była to Holandia. Częściej przeważała, atakowała i dyktowała tempo gry. Japonia z kolei miała swoje momenty i potrafiła je wykorzystywać. Szczególnie dobra była końcówka, w której Niebiescy Samurajowie pokazali siłę ducha i w ostatniej chwili wyrównali. Bardzo dobre spotkanie, które dla obu ekip jest dobrym prognostykiem na resztę turnieju.

