Na ten mecz Niemcy czekały aż 12 lat. Nie ze względu na rywala, ale sam fakt, że w końcu znaleźli się w fazie pucharowej mundialu. Przy tak jakościowym składzie, stosunkowo łatwiej grupie i reformie rozgrywek trudno było po raz trzeci z rzędu powtórzyć tę „sztukę”, jaką byłby powrót do domu po fazie grupowej. Nastroje naszym zachodnim sąsiadom popsuł nieco Ekwador, lecz musieli szybko wymazać tę wpadkę z pamięci. Po raz kolejny zmierzyli się z zespołem z Ameryki Południowej, z mocno defensywnym Paragwajem. Pokonanie mizernej Turcji i gra na remis z Australią wystarczyła, aby tu się znaleźć. Na Die Mannschaft to jednak przed pierwszym gwizdkiem wydawało się za mało.
Czy warto było cisnąć tak, aż do bólu?
Niemcy dość niemrawo weszli w to spotkanie. Zaczęli od powolnego ataku pozycyjnego, który jednak przynosił efekty. W 7. minucie mieli pierwszą okazję bramkową i tylko dzięki czujności Jose Canale nie otworzyli wyniku. Paragwaj jako pierwszy miał dogodną okazję, ale już po paru minutach wiadomo było, że będzie opierać swoją grę o kontrataki. Podopieczni Juliana Nagelsmanna szybko odzyskali inicjatywę i przeważali na boisku. Wywierali sporą presję na defensywie przeciwnika, szukając w niej jakiegoś wyłomu. Musieli być przy tym bardzo cierpliwi. Mecz toczył się całkowicie na połowie Paragwaju i tylko od Niemców w sumie zależało, kiedy zmieni się wynik. Inna sprawa, że szło im to dość topornie.
Przerwa na nawodnienie niewiele zmieniła. Dalej Paragwaj okazjonalnie wychodził ze swojej połowy, a Niemcy szukały odpowiedniej sposobności na atak i narzucali tempo gry. Dominacja, czy wręcz hegemonia sąsiadów zza Odry była nie do podważenia. Po 30 minutach gry mieli ponad 80% (!) posiadania piłki. Tym bardziej rozczarowujące dla ich kibiców było to, że ani razu realnie nie zatrudnili bramkarza. Spora w tym zasługa obrony La Albirroja, a tu trzeba oddać, że była świetnie poukładana i zorganizowana. Warto to docenić, choć z perspektywy zwykłego widza strasznie oglądało się ten mecz.
Niemcy walili głową w mur i powoli już im z czoła krwawiło. Mając taką przewagę to aż wstyd nie wykreować sobie zupełnie niczego. I w końcu to się na nich zemściło. W 42. minucie Matias Galarza dośrodkowywał do niepilnowanego Julio Enciso. 22-latek bez trudu umieścił piłkę w siatce, bramkarz był bezradny. „No i jak tam somsiedzie?” – pomyślało wielu przed telewizorami w naszym kraju.
Havertz na (szczęśliwy) remis
Zanosiło się powoli na sensację. Jeszcze przed przerwą Niemcy nieco się ożywili, ale to było zdecydowanie za mało. Do szatni zeszli będąc jedną nogą poza turniejem. Na start drugiej połowy wcale nie szło Niemcom lepiej. Znowu przeszli do ataku pozycyjnego, a pierwsza część spotkania już pokazała, że może nie jest to najlepszy pomysł. Tragicznie się oglądało tę reprezentację. Atakowali, ale na alibi. Aż tu nagle, niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba pojawił się Kai Havertz w 54. minucie. Ze skrzydła piłkę w pole karne dostarczył Florian Wirtz, a piłkarz Arsenalu trącił ją głową na tyle celnie, że zatrzepotała w siatce. Mieszkańcy zachodniej Polski mogli się przestraszyć huku. To były spadające kamienie z serc Niemców.
Die Mannschaft potrzebowało tego trafienia jak tlenu. Nie trzeba było nawet patrzeć na wynik, gra naszych sąsiadów się zdynamizowała i atakowali trochę żwawiej. Niemcy nie mieli jednak innego wyjścia. Remis nie dawał im tutaj za wiele, poza perspektywą kolejnych 30 minut na murawie. Wciąż im jednak trochę brakowało konkretów. Paragwajczycy nie byli też przez cały czas pasywni i co jakiś czas wychodzili ze swojej połowy. Bez szału w ofensywie, ale 4-krotny mistrz świata musiał się mieć na baczności. Cierpieli Niemcy na boisku. Nawet bardziej, niż Werter z dzieła Goethego.
Niemcy mieli większy luz w ich grze, chociaż to wciąż nie było wystarczająco przekonujące na prowadzenie. Paragwajczycy z kolei nie zmieniali swojego podejścia, twardo stali przy swojej defensywnej taktyce, opartej o kontrataki. Niemcy byli blisko w 78. minucie ponownie za sprawą Havertza, ale Orlando Gill zachował czujność. W ostatnich minutach zintensyfikowali starania na to, aby uniknąć dogrywki. To było za mało, potrzebowali wrzucić jeszcze wyższy bieg. Nie wrzucili i zostali zmuszeni pomęczyć się jeszcze przez kolejne pół godziny.
Horror zakończony karnymi
Niemcy chcieli wykorzystać to, że mieli dużo większe szanse na boisku. Dlatego też przycisnęli dużo bardziej w dogrywce, aby uniknąć rzutów karnych. W takiej sytuacji szanse by się już wyrównały, a tego akurat podopieczni Juliana Nagelsmanna szczególnie chcieli uniknąć. Paragwaj w ogóle odpuścił sobie atak, skoncentrował się w pełni na dowiezienie tego remisu do samego końca. Mecz do jednej bramki, tylko Niemcy nie potrafili znaleźć do niej drogi. Aż do 102. minuty. Nathaniel Brown głęboko wrzucił piłkę z narożnika. Jonathan Tah wysoko wzbił się w powietrze i głową z ostrego kąta trafił do bramki. Sędzia jednak zgasił entuzjazm Niemców – Waldemar Anton zablokował bramkarza przed interwencją. Po zmianie stron to Paragwajczycy mieli lepszy moment, obrońcy mogli odetchnąć. Ale Niemcy także nie odpuszczali. Było bardzo nerwowo między piłkarzami. Po raz kolejny groźnie Niemcy z powietrza, ale tym razem to Gill powstrzymał Antona. A zatem karne!
Konkurs jedenastek rozpoczął ten, który w ogóle umożliwił taki scenariusz. I Havertz zaczął od pudła, a właściwie to Gill wyczuł jego intencje. Lepiej poradził sobie Mauricio i po pierwszej kolejce sensacja była bardzo blisko. W drugiej serii Joshua Kimmich trafił, podobnie jak Gustavo Gomez. Niemców w grze podtrzymał Jamal Musiala, ale skutecznie odpowiedział Matias Galarza. Manuel Neuer miał problemy z wyczuwaniem intencji rywali. Szanse jeszcze zmalały po zmarnowanej jedenastce Nicka Woltemade. Ale jeszcze nie wszystko stracone, Antonio Sanabria nie opanował nerwów. Nadiem Amiri swoją szansę wykorzystał i na Paragwajczyków spadła presja. I Neuer wreszcie wyczuł rywala, Fabian Balbuena powstrzymany, a on miał nie zawieść! Podobnie Jonathan Tah, wysoko nad poprzeczką. A Jose Canale dał radę – i Niemcy mówią mundialowi „auf wiedersehen”!
Paragwajczycy zostawili serce na boisku, tego nie można im odmówić. I z tego powodu właśnie zasłużyli na ten awans. A Niemcy? Cóż, mieć taką przewagę i jej nie wykorzystać, to naprawdę trzeba się postarać. Oj, ktoś tu nie wytrwa za długo na posadzie selekcjonera…

