Widzew Łódź w ostatnim czasie delikatnie mówiąc nie błyszczy formą. Niezłe mecze przeplata tymi słabymi. Śląsk ma podobnie, lecz beniaminkowi ligi można jednak trochę więcej wybaczyć. Łodzianie przyjechali na teren, na którym jeszcze nigdy nie wygrali spotkania. Ich ostatnie zwycięstwo ze Śląskiem w roli gościa miało jeszcze miejsce, gdy ich mecze były jeszcze rozgrywane na stadionie przy Oporowskiej. Dodatkowo Widzew nie jest mistrzem grania w delegacji. Z kolei Wrocławianie lepiej wyglądają u siebie. Jednak jedno było przed meczem pewne. Mianowicie obie ekipy chciały zmazać plamę po zeszłotygodniowych porażkach. Działo się od samego początku.
Widzew szybko wpędził się w ogromne kłopoty, ale czy na pewno?
Dla Widzewa spotkanie zaczęło się najgorzej jak się tylko da. W 3. minucie napastnika Śląska Wrocław – Papisa Malalya Dembele faulował Przemysław Wiśniewski. Po analizie VAR, która trwała kilka minut reprezentant Polski został wyrzucony z boiska. Łodzianie zatem mieli przed sobą niemal całe spotkanie do rozegrania bez swojego czołowego obrońcy, na terenie rywala, z którym nie wygrali na wyjeździe od 15 lat. Chyba czarniejszego scenariusza kibice Widzewa nie mogli przewidzieć. Trener Vukovic „poświęcić” Mariusza Fornalczyka, wpuszczając w jego miejsce Mateusza Żyro.
Śląsk miał zatem wszystko w swoich rękach. Mógł z minuty na minutę budować swoją przewagę i dążyć do strzelania goli. Pewnie każdy szanujący się kibic piłki nożnej widział taki scenariusz na najbliższe minuty tego spotkania. Nic bardziej mylnego. Najpierw w 15. minucie po tak naprawdę pierwszej składnej akcji, gola dla gości strzelił Mario Garcia. Hiszpan dobił strzał swojego rodaka Frana Alvareza, który wcześniej został wybroniony przez Karola Niemczyckiego. Widzewowi było mało i w 36. minucie wspominany Alvarez sam postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Idealnie odnalazł się w polu karnym. Z zimną krwią wykorzystał podanie Karola Świderskiego i dał swojemu zespołowi jakże cenne dwubramkowe prowadzenie.
Podopieczni Aleksandara Vukovicia grali bardzo mądrze. Znakomicie przesuwali się za piłką, przeprowadzali szybkie i diabelskie skuteczne kontrataki. Wykorzystywali do bólu swoje okazje, które dobrze wiedzieli, że nie będą stwarzane w dużej ilości. Niech dowodem na to, że goście zagrali niemal perfekcyjną połowę po stracie zawodnika, świadczy fakt, że Śląsk na bramkę Bartłomieja Drągowskiego w pierwszej połowie nie oddał ani jednego celnego strzału. Heroiczny i waleczny Widzew. Takiego właśnie kibice tego klubu kochają.
Gospodarze wzięli się do roboty?
Druga połowa nie chciała być gorsza od pierwszej i też chciała na starcie dostarczyć Widzewowi trudnych chwil. Tym razem padło na straconą bramkę. W 47. minucie Steve Kapuadi strzelił gola samobójczego. Łodzianie dali tlen swoim rywalom, którzy na przerwę schodzili podłamani i bardzo źli. Widzewiacy zamiast trzymać „fason” i nie dopuszczać dalej rywali do okazji bramkowych, to narobił sobie kolejnych niemałych kłopotów. Gospodarze ruszyli z odsieczą, poczuli krew i zaczęli szarżę po kolejne gole.
Taktyka drużyny Aleksandara Vukovicia była taka sama jak przed przerwą. Mianowicie polegała ona na solidnym bronieniu i przesuwaniu się za piłką oraz liczeniu na przeprowadzanie szybkich kontrataków. Na nic więcej przyjezdnych po tym co im się przytrafiło w pierwszych minutach meczu niespecjalnie było stać. Śląskowi to pasowało, lecz nie do końca potrafili swoją przewagę wykorzystać. Dowód? Kolejna szybka akcja przyjezdnych, błąd w ustawieniu podopiecznych Ante Simundzy i kolejny hiszpański zawodnik Widzewa wpisał się listę strzelców. W 63. minucie do gola asystę dołożył Mario Garcia, a bramkę na ponowne dwubramkowe prowadzenie strzelił Angel Baena. Grając w przewadze i stracić trzy bramki na poziomie Ekstraklasy? Zawstydzający „wyczyn”.
Wstyd to kraść i dać się złapać, lecz naprawdę nie da się wytłumaczyć postawy linii defensywnej Śląska Wrocław. Nie można się tak zachowywać, grając z przewagą jednego zawodnika i to w dodatku przy swoich kibicach. Występ do jak najszybszego zapomnienia z którego do wyciągnięcia jest masa wniosków. A Widzew wyciągnął z tego meczu maksymalnie ile tylko się dało. Lepiej przy takiej, a nie innej sytuacji rozegrać się tego wszystkiego nie dało.
W 78. minucie trafieniem ponownie dającym kontakt Śląskowi Wrocław popisał się Przemysław Banaszak. 11 minut później dośrodkowanie Piotra Samca-Talara na gola zamienił Eniss Shabani. Gospodarze dopięli swego i wyrównali wynik meczu. Łodzianie mają czego żałować. Byli blisko wywiezienia cennych trzech punktów z Wrocławia, czyli z terenu na którym nie wygrali od 15 lat. Hiszpański Widzew dał dzisiaj popis, lecz to nie wystarczyło. Mimo tego zagwarantował kibicom łódzkiego klubu nie byle jakie wspomnienia. Widzewski charakter ma się dobrze, lecz nie był w stanie tego sobotniego wieczoru poradzić sobie ze Śląskiem Wrocław.



