USA ma czym zachwycać swoją publiczność podczas tegorocznego mundialu. Podopieczni Mauricio Pochettino już po dwóch meczach wiedzieli, że wygrają grupę. Tej fazy nie zakończyli najlepiej, bo porażką z Turcją, ale nie zrobiło im to krzywdy – i tak rozegrali dobry mecz. Amerykanie pokazywali dotychczas, że będą się liczyć w trakcie turnieju. Musieli to jeszcze potwierdzić w starciu z Bośnią i Hercegowiną. Ekipa z Bałkanów musiała czekać do ostatniej kolejki na potwierdzenie awansu do 1/16 finału. Katar nie był szczególnie trudną przeszkodą do pokonania i Bośniacy po raz pierwszy w historii wyszli z grupy. Niezbyt dobrze wyglądała jednak ich defensywa i to budziło obawy przed spotkaniem z rozpędzonymi Amerykanami.
Ciężary gospodarzy
Reprezentanci Stanów Zjednoczonych nie mieli zamiaru być gościnni wobec przybyszy z Półwyspu Bałkańskiego. Od razu przejęli inicjatywę i to oni byli stroną przeważającą w pierwszych minutach spotkania. Zmuszeni byli jednak do gry w ataku pozycyjnym, bowiem Bośniacy nie odpuszczali im w obronie ani na centymetr. A w ataku także potrafili się odgryżć, w 10. minucie Ermedin Demirović i Edin Džeko wyprowadzili ładną, dwójkową akcję, gorzej już wykończoną. Pierwszy kwadrans nie rzucił na kolana. USA grało więcej piłką i zdominowali jej posiadanie, ale nie potrafili przebić się przez twardą i nieustępliwą obronę. Było jeszcze sporo czasu, więc obie ekipy były uzbrojone w cierpliwość.
Z czasem Nikola Vasilj miał coraz więcej pracy między słupkami. Bośnia była dobrze ustawiona w defensywie i dokładała wszelkich starań, by wyłączyć napastników USA z gry, ale stopniowo zdawało się, że Amerykanie powoli znajdują na to sposób. Próbowali nawet i poprzez wymuszanie rzutu karnego, jak to po 30 minutach gry zrobił Folarin Balogun, ale sędzia nie dał się nabrać. Potem spróbował już normalnie, przyjął piłkę, przełożył na lewą nogę i płaskim strzałem trafił do bramki. Gol jednak nieuznany, był na wyraźnym spalonym. Gospodarze przeważali w zasadzie całą pierwszą połowę, a i tak nie byli w stanie zrobić z tego pożytku. Męczyli się przeraźliwie. Widownia w San Francisco pomagała, jak mogła, ale postępów piłkarze nie robili. Po 40 minutach gry wypracowali xG na poziomie 0,25, mając przy tym prawie 70% posiadania piłki. Jeśli już dochodzili do strzału, to celnością nie grzeszyli.
Bośniacy dali jednak ulżyć rywalom, i to jeszcze tuż przed przerwą. Przeszkodzili sobie nawzajem w rozegraniu piłki, wparował tam Balogun i tym razem VAR już go nie zatrzymał. Ciężka praca Amerykanów wreszcie przyniosła owoce, nawet jeśli poniekąd zdecydował o tym przypadek. A 24-latek mógł szybko ustrzelić dublet, bo jeszcze miał kolejną okazję, lecz trafił jedynie w poprzeczkę. Wejście w drugą połowę nie było imponujące u Amerykanów, o Bośniakach nawet nie wspominając. Bardzo spokojne i zachowawcze, bez strzałów po obu stronach. Nie zmieniło się to, że dalej to Amerykanie narzucali warunki gry.
Na pół godziny przed końcem Bośnia coraz śmielej sobie poczynała na boisku. Zespół z Bałkanów podejmował się zrywów, szukał okazji do zaatakowania, otworzył się w końcu na rywala. Posiadanie piłki było na ich korzyść na tym etapie. USA musiało się zatem pilnować, nawet jeśli rywal nie był jeszcze wystarczająco przekonujący z przodu. Tym bardziej, że Balogun obejrzał czerwoną kartkę za brzydkie wejście w przeciwnika. Amerykanie mieli wciąż korzystny wynik, ale musieli być ostrożni, bo ich potencjał w ataku wyraźnie spadł. A gra Bośniaków nareszcie mogła się nawet podobać. To oni przypierali przeciwnika do ściany i starali się przyśpieszać grę w ataku. Nie byli jednak przy tym efektywni. Wypracowany wskaźnik goli oczekiwanych był mizerny, jedynie 0,10 w 75. minucie. To mogło się zemścić w 79. minucie, ładna akcja Amerykanów, zwieńczona trafieniem Christiana Pulisicia, ale po raz drugi radość ostudził sędzia liniowy z podniesioną chorągiewką.
Był to sygnał ostrzegawczy przed prawdziwym ciosem. Zaledwie 3 minuty później USA wykonywało rzut wolny, blisko szesnastki. Malik Tillman uderzył lekko, finezyjnie, ale jakże precyzyjnie, cudowna bramka! 2:0 to niebezpieczny wynik, co już udowodniła Belgia, ale patrząc na produktywność Bośni w ofensywie, ten gol raczej rozwiewał wszelkie wątpliwości. Tym bardziej, że Bośniacy już wyglądali na pogodzonych z losem i powrotem do domu. Postawili się i walczyli z dużym zaangażowaniem. Tego podopiecznym Sergeja Barbareza nie można odmówić. Ale na Amerykanów, w tak dobrej formie, to nie wystarczyło. Chociaż oni też nie zagrali wcale rewelacyjnego meczu. Wykonali swoje zadanie i walczą dalej – to się dla nich liczy.

