Urugwaj rozpoczął tegoroczne mistrzostwa świata od wpadki. Bo trudno inaczej nazwać remis z Arabią Saudyjską. Chociaż w tym przypadku należy oddać Saudyjczyków, że dali z siebie wszystko i jeszcze więcej i uczciwie zapracowali na ten jeden punkt. Urugwajczycy mają sobie coś do udowodnienia, zwłaszcza po klapie, jaką był mundial w Katarze. Dwukrotni mistrzowie świata zakończyli go już w fazie grupowej. W drugim meczu mundialu przyszło im się zmierzyć z reprezentacją, która skradła serca kibiców na całym świecie. Republika Zielonego Przylądka sensacyjnie powstrzymała w swoim debiucie Hiszpanię, a bramkarz Vozinha w mig stał się gwiazdą światowego formatu. Kabowerdeńczycy już teraz mogliby z dumą wrócić do domu, ale chcieli zagrać na nosie kolejnemu faworytowi.
Kabowerdeńczycy sprawiają sensację
Piłkarze kazali nam trochę dłużej poczekać na emocje w tym spotkaniu. Wejście obu zespołów należało do spokojnych i ostrożnych, trochę też zabijających przyjemność z oglądania. O ile na boisku mało działo się sportowo, tak w samych zawodnikach emocje buzowały – widać było, że iskrzy między Urugwajczykami a Kabowerdeńczykami, odpychali się od siebie. Z czasem powoli rozkręcali się podopieczni Marcelo Bielsy i inicjatywa znajdowała się w ich rękach, a właściwie w nogach. Z tego powodu nie zrobiło się groźniej, ale to oni prowadzili grę. Rywale z Afryki czekali z kolei na ich potknięcie, aby móc wyprowadzić kontratak. I wyczekali. Po faulu Rodrigo Bentancura Kabowerdeńczycy dostali rzut wolny. Kevin Pina płasko uderzył, ale znalazł dziurę w murze, który niespodziewanie przed nim się rozstąpił. Nie popisał się też Fernando Muslera między słupkami i RZP zdobyło pierwszego gola na tym turnieju. Za takie historie kochamy mundial!
Urugwaj bardzo mocno rozczarowywał. Próbował wziąć się za odrabianie strat, a szczególnie zaciekle atakował Federico Valverde, ale bez skutku. Domagali się w międzyczasie rzutu karnego, ze względu na dotknięcie piłki ręką, ale sędzia się na niego nie zdecydował. Mimo wszystko Vozinha miał dużo więcej pracy w meczu z Hiszpanią niż teraz. Urugwajczykom z ogromnym trudem przychodziło kreowanie sobie okazji, jakby nie do końca wiedzieli, jak się za to zabrać. Przez całe 40 minut nie oddali nawet jednego celnego strzału. Beznadziejnie rozgrywali swoje akcje i nic dziwnego, że przegrywali. Nie da się tego uniknąć, jeśli bramkarz rywala może równie dobrze uciąć sobie drzemkę, bo i tak nic nie zmierzało w jego kierunku.
Dobra praca Urugwajczyków i… katastrofalny błąd
Tym większy szok był, że Urugwaj jednak zdołał wyrównać. Akcja wzięła się zupełnie znikąd, nic nie wskazywało na to, że zdoła wyrównać. Lecz mimo wszystok się udało. Po dośrodkowaniu Urugwajczyków w 44. minucie niechcący na własną bramkę uderzył Sidny Lopes Cabral. Obrońca RZP trafił w słupek, ale tak, że pojawiła się okazja na dobitkę. Do piłki doskoczył Maximiliano Araújo i mecz zaczął się od nowa. Bramkarz nie miał tu nic do powiedzenia, ale zawinił Cabral – mógł lepiej wybić piłkę. Ten gol odblokował Urugwajczyków i zdjął z nich to obciążenie psychicznie. Tuż przed przerwą Manuel Ugarte pięknym, długim podaniem odnalazł Araújo, ten zgrał głową do Agustína Canobbio. Pomocnik Fluminense z pierwszej piłki dał Urugwajowi prowadzenie.
Gra Urugwaju znacząco się poprawiła od pierwszej bramki. Na początku drugiej połowy to się nie zmieniło. Podopieczni Marcelo Bielsy nie grali na obronę korzystnego wyniku. Przeciwnie – widzieli, że rywalowi brakuje tej piłkarskiej jakości i chcieli to wykorzystać najmocniej, jak się dało. Chcieć, a robić, to jest jednak pewna różnica. Grali dużo piłką, tylko potrzeba było jeszcze jakoś to wykończyć. A tego jeszcze im brakowało. Niemniej kontrolowali przebieg i to jednobramkowe prowadzenie, choć kruche na pierwszy rzut oka, wydawało się nie do zdarcia.
I całe te starania przekreślił jeden, głupi błąd w 61. minucie. Mathías Olivera podał tak, że aż się prosiło o przejęcie. I nie wiedzieć po co, ale Muslera jeszcze wyszedł zza pola karnego. Hélio Varela był szybszy i wbił piłkę do pustej bramki. Do takich sytuacji nie wolno dopuszczać, Urugwaj na własne życzenie stracił prowadzenie. A Muslera chyba nie zagra z Hiszpanią, bo oba te trafienia ma na sumieniu…
Po kilku minutach pojawiła się szansa dla Urugwaju na ponowne objęcie prowadzenia. W 68. minucie po rzucie rożnym i chaosie w polu karnym La Celeste zdołali wbić piłkę z bliska do siatki. Nic z tego nie wyszło, sędzia gola nie uznał ze względu na spalonego. Minimalny, ale przepisy są nieubłagane. A to dla Urugwajczyków mogło być piekielnie istotne, bo wynik pozostawał otwarty, a rywale potrafili ukąsić. Zrobił się bardzo otwarty mecz, piłka zmierzała raz w jedną, raz w drugą stronę. Tylko tu trzeba było konkretów.
I tych konkretów zabrakło w końcówce. Ostatecznie Urugwaj i Republika Zielonego Przylądka zmuszone zostały do podzielenia się punktami. Jednych ten wynik zachwyca, a drugich dołuje. Urugwajczycy wciąż nie mogą być spokojni o miejsce w fazie pucharowej. Po jego stronie było oczywiście dużo więcej jakości czysto sportowej, a także to oni dłużej dyktowali warunki gry. Ale to spotkanie przekreśliły im dwa koszmarne błędy. Takie mecze podopieczni Marcelo Bielsy są zobligowani wygrywać, tym bardziej, że przeciwnik nie był szczególnie wymagający. Nie ma co jednak też umniejszać Kabowerdeńczyków, którzy zaprezentowali się bardzo dobrze, jak na swoje możliwości. Pokazali charakter i przede wszystkim korzystali z momentów, kiedy Urugwaj pozwalał im na nieco więcej. Dzięki temu dość niespodziewanie jeszcze walczą o fazę pucharową i nie są bez szans w meczu z Arabią Saudyjską.

