W sobotnich kwalifikacji do wyścigu na Circuit de Barcelona-Catalunya najlepszy okazał się George Russell. Brytyjczyk pokonał nieznacznie swojego rodaka, jeżdżącego w Ferrari – Lewisa Hamiltona. Tym razem dopiero trzeci był Kimi Antonelli, który przoduje w klasyfikacji generalnej mistrzostw świata. To między tą trójką rozstrzyga się obecnie najwięcej w Formule 1. Dodatkowo jak popatrzymy ile punktów starty do młodego Włocha mają obaj zdecydowanie starsi Brytyjczycy, to można się było nastawiać na kawał dobrego ścigania.
Chęć dołączenia do czołowej trójki
Kronikarski obowiązek zobowiązuje mnie, by przypomnieć, że 10 lat temu na tym samym torze doszło do słynnego wypadku pomiędzy ówczesnymi kierowcami Mercedesa – Lewisa Hamiltona i Nico Rosberga. Na wszystkim skorzystał debiutujący w barwach Red Bulla młodziutki Max Verstappen. Można śmiało powiedzieć, że od tamtego czasu Formuła 1 weszła w nową erę.
Na torze w Barcelonie start z pierwszego rzędu jest niemal tak samo kluczowy jak w Monako. 32-krotnie w dotychczasowych trzydziestu pięciu kierowcy startujący z pierwszych dwóch miejsc wygrywali wyścig. Wiedzieli o tym zarówno w Mercedesie jak i w Ferrari. Jednak na starcie czołowa trójka obroniła swoje pozycje i z minuty na minutę zaczęli powiększać swoją przewagę. Zwłaszcza George Russell, który w ten weekend ewidentnie wrócił do formy i postanowił wziąć się do roboty.
Upalna Barcelona dawała się wszystkim we znaki. Degradacja opon była bardzo duża. Z tego powodu kierowcy jeździli na różne strategie. Aleja serwisowa to kolejny pomysł na przechytrzenie rywali, gdy nie można tego zrobić na torze. Tym bardziej na takim jakim jest Circuit de Barcelona-Catalunya. Na nim wyprzedzanie nie jest łatwe, a decyzja o tym, że odbywa się na nim większość przedsezonowych testów jest nieprzypadkowa.
Lewis Hamilton jako pierwszy dał jasny sygnał reszcie kierowców, że zamierza jechać w tym wyścigu na trzy pit stopy. To Brytyjczyk pod tym względem wyznaczał warunki, przez co czołówka musiała na bieżąco reagować, by nie tracić czasu zarówno w boksach jak i na torze. Zużycie opon sprawiło, że więcej było strategicznych szachów niż samego ścigania. W połowie wyścigu nie było wiadomo kto tak naprawdę jest na prowadzeniu. Pogoda i opony dyktowały warunki. Dodać do tego umiejętności kierowców w zarządzaniu tym wszystkim i dzięki temu mieliśmy prawdziwy wyścig dla koneserów w stolicy Katalonii.
Strategiczne szachy, ale czy coś więcej?
Na 41. okrążeniu wprowadzono na torze wirtualną neutralizację. Żółtą flagę sprokurował Fernando Alonso. Hiszpan zakończył udział w swoim możliwe, że ostatnim wyścigu na torze w Barcelonie. Ten fakt postanowił wykorzystać Lewis Hamilton. Samochody po torze jechały wolniej, co sprawiło, że opłacało się zjechać do boksów na zmianę opon. Dokonał tego właśnie Brytyjczyk. Przechytrzył Mercedesy i wyszedł na prowadzenie w wyścigu, mając dodatkowo świeże opony. Hamilton miał wszystko w swoich rękach, by po raz pierwszy w karierze wygrać wyścig w barwach Ferrari.
Brytyjczyk dopiął swego i po tym całym manewrze ze strategią jechał po zwycięstwo, którego już do końca mety nie oddał. Brytyjczyk ograł Mercedesy i w końcu dopiął swego. Po raz pierwszy w swojej karierze wygrał wyścig w barwach Ferrari. Fani włoskiej ekipy dzisiejszej nocy z pewnością nie zasną i będą niejednokrotnie krzyczeć słynne już w padoku „Get in there Lewis”. Znakomity wyścig strategiczny, po którym najwięcej sobie do zarzucenia będą mieli w Mercedesie, tym bardziej, że po raz pierwszy w tym sezonie zostali pokonani. Lewis Hamilton dopiął swego. Po strategicznym manewrze pod VSC objął prowadzenie i nie oddał go już do mety. Po raz pierwszy w karierze wygrał wyścig Formuły 1 w barwach Ferrari, kończąc jeden z najdłużej wyczekiwanych rozdziałów ostatnich miesięcy. Mercedes miał tempo, pole position i dwa samochody w walce o zwycięstwo, ale tym razem przegrał z doświadczeniem oraz timingiem siedmiokrotnego mistrza świata. Stary lis przechytrzył młodszych rywali, a Ferrari wreszcie dostało wieczór, o którym marzyło od chwili ogłoszenia transferu Hamiltona.

