Za nami kolejny tydzień z play-offową koszykówką, w trakcie którego działo się naprawdę wiele. Czy Lakers mogą sprawić niespodziankę OKC? Dlaczego awans Sixers jest aż tak niesamowity? Czy Pistons w końcu zagrali na miarę oczekiwań? Kto zaliczył najlepszy występ? Odpowiedzi przedstawię w tym artykule.
KONFERENCJA ZACHODNIA
Zacznijmy tradycyjnie od Konferencji Zachodniej. Po tym jak OKC oraz Spurs zapewnili sobie grę w półfinale konferencji, walkę o pozostałe dwa miejsca toczyły Lakers, Rockets, Timberwolves oraz Nuggets.
Najpierw rywalizację na swoją korzyść rozstrzygnęli Timberwolves, którzy powstrzymali Nuggets z Nikolą Jokiciem, wygrywając szósty mecz 110:98. Tym, co czyni ten wyczyn jeszcze bardziej niesamowitym, jest fakt, że Minnesota przystępowała do tego spotkania bez Ayo Dosunmu, Dontego DiVincenzo oraz Anthony’ego Edwardsa, a i tak zdołała pokonać Denver, które miało walczyć o mistrzostwo. Świetny mecz rozegrał Jaden McDaniels, autor 32 punktów, 10 zbiórek i 3 asyst. Timberwolves zrobili to ponownie. Bez najważniejszych zawodników, jako underdog, znów pokazali, że nie można ich lekceważyć w play-offach. W drugiej rundzie czekają na nich San Antonio Spurs, więc to najprawdopodobniej koniec ich drogi. Chociaż kto wie? W tym roku niespodzianki zdarzają się nadzwyczaj często.
Dalej awansowali również Los Angeles Lakers, którzy ostatecznie uporali się z Rockets w sześciu meczach. W ostatnim spotkaniu do zwycięstwa znów poprowadził ich niezniszczalny LeBron James, który zanotował 28 punktów, 7 zbiórek oraz 8 asyst. Houston ponownie było bezradne, bezsilne i nieskuteczne. Najprawdopodobniej czeka ich wiele zmian, ponieważ mają naprawdę sporo problemów, których nie da się naprawić samym powrotem Freda VanVleeta. A Lakers? Lakers czeka starcie z Goliatem, czyli Oklahoma City Thunder. Bez Luki to wyzwanie wydaje się po prostu niemożliwe, a wygranie dwóch spotkań będzie trzeba uznać za naprawdę spory sukces.
KONFERENCJA WSCHODNIA
Dziki Wschód — tak można określić to, co działo się w tym tygodniu.
Zacznijmy od serii, która jako jedyna trwała mniej niż siedem spotkań, czyli rywalizacji New York Knicks z Atlantą Hawks, zakończonej wynikiem 4:2. Atlanta długo stawiała się zeszłorocznym finalistom konferencji, ale ci w końcu odnaleźli swój rytm. Największym pokazem siły był mecz numer sześć, który Knicks wygrali 140:89. Drużyna z Nowego Jorku zdemolowała swojego rywala, a wynik 83:36 do przerwy jest największą różnicą punktów po dwóch kwartach w historii NBA. Warto zaznaczyć, że na boisku w końcu pojawił się Jeremy Sochan, który w dwóch ostatnich meczach rzucił odpowiednio 10 oraz 4 punkty. Oczywiście grał wtedy, gdy wynik był już dawno rozstrzygnięty, co nie zmienia faktu, że zaprezentował się bardzo pozytywnie.
Rywalem Knicks w półfinale konferencji będzie Philadelphia 76ers, która sprawiła sensację, eliminując Boston Celtics. Sixers przegrywali już 3:1, ale zdołali odwrócić losy serii i wygrać 4:3 po raz pierwszy w swojej historii. Pokonanie Celtics oznacza jednak przede wszystkim uporanie się z ich największym przeciwnikiem, którego wyeliminowali po raz pierwszy od 1982 roku, czyli czasów Juliusa Ervinga. Czy są faworytami w starciu z Knicks? Zdecydowanie nie, ale na pewno nie skreślałbym ich w walce o finał konferencji.
Wczoraj do drugiej rundy awansowały dwie ostatnie drużyny. Najpierw rozpoczęło się spotkanie pomiędzy Detroit Pistons oraz Orlando Magic. Ci pierwsi stawali przed szansą na powrót z wyniku 1:3, ci drudzy mogli stać się siódmą drużyną w historii, która wyeliminuje jedynkę konferencji jako ósmy seed. Tak się jednak nie stało i to Pistons zameldowali się w kolejnej rundzie, wygrywając 116:94.
O ile pierwsza kwarta była bardzo wyrównana, tak każda kolejna była pokazem siły Detroit, czego nie mógł zmienić nawet świetny w tym meczu Paolo Banchero, autor 38 punktów, 9 zbiórek i 6 asyst. Jeśli chodzi o Pistons, prym wiedli Cade Cunningham, który zanotował 32 punkty, 12 asyst i 1 zbiórkę, oraz Tobias Harris, zdobywca 30 punktów, 9 zbiórek i 2 asyst.
Najlepsza drużyna Wschodu obudziła się w ostatnim możliwym momencie i wygląda na to, że odnalazła swój rytm. Szansa na finał NBA wciąż jest duża, ponieważ konkurencja na Wschodzie jest nieco mniejsza niż w Konferencji Zachodniej.
Drugim pojedynkiem było starcie Cleveland Cavaliers z Toronto Raptors. Cavs po naprawdę ciężkim meczu w końcu rozstrzygnęli serię na swoją korzyść, wygrywając 114:102. Wspaniały występ zaliczył Jarrett Allen, który całkowicie zdominował strefę podkoszową, notując 22 punkty oraz 19 zbiórek. Pomimo tego zwycięstwa ciężko dawać Cleveland poważne szanse w starciu z Detroit Pistons. Jeśli ci utrzymają poziom z ostatniego spotkania, seria powinna skończyć się maksymalnie w sześciu meczach.
NAJLEPSZY WYSTĘP
W tym tygodniu nagrodę za najlepszy występ otrzymuje zawodnik, bez którego drużyna już dawno odpadłaby z tegorocznych play-offów. Zawodnik, który zanotował genialne spotkanie dokładnie wtedy, kiedy jego zespół najbardziej tego potrzebował.
Najlepszy występ tego tygodnia należy do Cade’a Cunninghama, który w meczu numer pięć zdobył 45 punktów na świetnej skuteczności — 13/23 z gry oraz 14/14 z linii rzutów wolnych. Do tego dołożył 1 zbiórkę, 2 bloki oraz 12 asyst. 24-latek naprawdę udowadnia, że wybranie go z pierwszym numerem draftu w 2021 roku było jedną z najlepszych decyzji Pistons w XXI wieku. Być może ta postawa nie przyniesie im mistrzostwa już w tym roku, ale patrząc na to, że Cade może być jeszcze tylko lepszy, okazji do zdobycia przez Detroit pierwszego tytułu od 2004 roku powinno być jeszcze naprawdę wiele.
