Raków uparcie szuka „drugiego Marka Papszuna”, ale to wymaga cierpliwości

Raków Częstochowa po przegranym finale Pucharu Polski podjął decyzję o zwolnieniu Łukasza Tomczyka na cztery mecze przed końcem sezonu. W oficjalnym komunikacie klub zapewnia, że werdykt ten nie był podyktowany wyłącznie rezultatem prestiżowego spotkania rozgrywanego na Stadionie Narodowym. Ruch ten jest jednak bardzo zaskakujący, ponieważ trenera pożegnano zaledwie po kilku miesiącach pracy, a biorąc pod uwagę, że dla Tomczyka była to pierwsza styczność z Ekstraklasą nasuwa się pytanie: czego Raków od niego oczekiwał?

Łukasz Tomczyk uczył się na żywym organizmie

Teraz, już gdy Tomczyk spakował swoje walizki i pożegnał się z Rakowem warto spojrzeć na jego CV w momencie, gdy podpisywał kontrakt z częstochowskim klubem. 37-latek na szczyt przebijał się od samych podstaw seniorskiego futbolu i piłki lokalnej (z młodzieżą pracował m.in. w akademii Rakowa). Później był asystentem Dawida Kroczka (który teraz go zastąpi) w Resovii, pełnił rolę analityka w sztabie Rafała Góraka w GKS-ie Katowice, a następnie w tej samej funkcji przeszedł do Polonii Bytom, gdzie szybko awansował na trenera pierwszego zespołu. W pierwszym, niepełnym sezonie pracy, wprowadził zespół do baraży, ale nie uzyskał promocji na wyższy szczebel rozgrywkowy. Do Betclic 1 Ligi awansował natomiast w kolejnych rozgrywkach wygrywając ligę. Jako beniaminek na zapleczu Ekstraklasy Polonia nadal radziła sobie bardzo dobrze. Po rundzie jesiennej zajmowała 2. miejsce w tabeli i po Wiśle Kraków, która uciekła reszcie stawki była jednym z głównych kandydatów do awansu na poziom Ekstraklasy.

REKLAMA

Łukasz Tomczyk był jednym z najlepiej rokujących polskich trenerów młodego pokolenia, ale zarazem ciągle był szkoleniowcem z niewielkim bagażem doświadczeń. Raków podpisał kontrakt z osobą, która nigdy nie prowadziła zespołu w Ekstraklasie, ani nie pracowała w sztabie drużyny grającej na tym poziomie rozgrywkowym. A przecież Medaliki walczyły o mistrzostwo Polski oraz miały przed sobą fazę pucharową Ligi Konferencji, a więc nowy szkoleniowiec w okresie przygotowawczym miał w głowie, że jego zespół musi być gotowy do gry co trzy dni (nawet jeśli ostatecznie rozegrali tylko jeden dwumecz), a to było dla niego nowym doświadczeniem. Dla Łukasza Tomczyka objęcie Rakowa było skokiem na głęboką wodę, pod presją wyników musiał uczyć się zarządzania zespołem w zupełnie innym środowisku, ale kto na jego miejscu nie przyjąłby takiej oferty?

Wyniki były kiepskie

Jeśli spojrzymy na chłodno na rezultaty, jakie osiągał Łukasz Tomczyk w Rakowie to tylko na tej podstawie pożegnanie się z trenerem nie wygląda na pochopny ruch. Marek Papszun pozostawił zespół na 3. miejscu po rundzie jesiennej z punktem straty do lidera. Obecnie Raków zajmuje 5. pozycję, a strata do lidera wzrosła do 9 punktów (przy czym mają jeden mecz rozegrany mniej, przełożony ze względu na finał Pucharu Polski). W okresie pracy Łukasza Tomczyka, czyli w rundzie wiosennej, osiem drużyn zgromadziło więcej punktów od Medalików. Ich średnia to 1,42 pkt/mecz, co zazwyczaj daje spokojny środek tabeli. W Pucharze Polski były szkoleniowiec Polonii dotarł do finału, ale jedyna trudna przeszkoda, jaką pokonał to GKS Katowice po rzutach karnych, ponieważ w ćwierćfinale zmierzyli się z 3-ligową Avią Świdnik. W Lidze Konferencji natomiast trudno zarzucać trenerowi, że jego zespół odpadł po dzielnej walce ze znacznie silniejszą kadrowo Fiorentiną.

Raków Częstochowa mierzy wysoko i oczekuje znacznie lepszych wyników. Niemniej jednak, skoro zatrudnił trenera, dla którego Ekstraklasa, europejskie puchary oraz prowadzenie jednego z najlepszych zespołów w Polsce to całkowita nowość, musiał to ryzyko wpisać w koszty. Osoby decyzyjne w klubie musiały mieć świadomość, że Łukasz Tomczyk będzie popełniał błędy i wyciągając z nich wnioski będzie rozwijał sie jako trener. Raków świadomie zdecydował się na długofalowy projekt. Układ był prosty. Zatrudniają bardzo utalentowanego, ale niedoświadczonego trenera i dają mu uczyć się na żywym organizmie, dzięki czemu on sam staje się coraz lepszym szkoleniowcem. Właściciel Rakowa, Michał Świerczewski dał się poznać jako człowiek racjonalnie postrzegający rzeczywistość, więc nie mógł zakładać, że Tomczyk czego się nie dotknie, zamieni w złoto. Zatrudnienie 37-latka wyglądało na świadome wykonanie kroku w tył, aby w przyszłości zrobić dwa (a może nawet więcej) w przód.

Do długofalowych projektów potrzeba jednak cierpliwośći, a tej Raków nie miał

Decyzja może dziwić tym bardziej, że przez bardzo spłaszczoną tabelę częstochowianie nie muszą nagle ratować sezonu. Z bardzo dużym prawdopodobieństwem zakończą obecne rozgrywki jako jeden z zespołów biorących udział w eliminacjach kolejnej edycji europejskich pucharów, a więc cel minimum – tak się wydaje – zostałby zrealizowany. Być może jednak z Łukaszem Tomczykiem u sterów nie widzieli dużych szans na ponowny awans do fazy ligowej Ligi Konferencji i stąd, już teraz, nastąpiła decyzja o rozstaniu.

Jakiego trenera chce mieć Raków?

Najbardziej niepokojący dla Rakowa na przestrzeni ostatnich lat jest fakt, że poza Markiem Papszunem nie potrafią znaleźć trenera, który spełniłby oczekiwania zespołu. To nie tak, że klub nie wie kogo chce zatrudnić i miota się pomiędzy koncepcjami. Wręcz przeciwnie. Raków ma jasno sprecyzowany profil trenera, którego szuka. Tylko… czy jest to profil właściwy?

Michał Świerczewski chce znaleźć drugiego Marka Papszuna. Oczywiście, Raków obecnie jest już klubem funkcjonującym na zupełnie innym poziomie, w innej rzeczywistości, więc nie weźmie trenera znikąd, ale szuka młodego, obiecującego szkoleniowca, który nie dostałby szansy w żadnym innym czołowym polskim klubie. Pierwotnie następcę Papszuna widziano w Dawidzie Szwardze, jego asystencie, dla którego przejęcie mistrza Polski było pierwszą pracą w roli pierwszego trenera w karierze. Młody szkoleniowiec wytrwał na tym stanowisku tylko jeden sezon, choć wyniki były zbliżone do tych, których można było się spodziewać. Teraz w miejsce Tomczyka zatrudniony został Dawid Kroczek. 37-latek ma już doświadczenie w Ekstraklasie, ponieważ samodzielnie prowadził Cracovię, w rundzie jesiennej był też asystentem Marka Papszuna, natomiast znów nie jest to trener, którego zatrudnienia moglibyśmy spodziewać się po Lechu Poznań czy Legii Warszawa.

Raków obecnie musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chce wyników na tu i teraz czy uparcie będzie szukał „drugiego Marka Papszuna”. Przy drugim rozwiązaniu, czyli projekcie długoterminowym, muszą zaakceptować, że zespół początkowo może trochę obniżyć standardy. Na razie wygląda to tak, jakby w Częstochowie chcieli obie te rzeczy połączyć. W efekcie dają życiową szansę niedoświadczonym trenerom, którzy po raz pierwszy prowadzą zespół na najwyższym poziomie w Polsce oraz grają w europejskich pucharach, co odbywa się kosztem obniżenia wyników Rakowa. A gdy już zbiorą pierwsze doświadczenia i mogą wyciągnąć wnioski z dotychczasowej pracy – dostają wypowiedzenie. Okazuje się, że nawet w klubie stawianym za wzór cierpliwości do trenera, brakuje jej, gdy na efekty pracy szkoleniowca trzeba trochę poczekać.

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    146,690FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ