Lech Poznań szybciutko zadbał, żeby scenariusz sprzed dwóch tygodni nie powtórzył się w domowym meczu z Piastem Gliwice. Wtedy brak skuteczności sprawił, że ze Śląska Kolejorz wrócił bez punktów. Teraz zgarnął ich komplet.
Nie obyło się jednak bez pudeł, bo zastępujący Mikaela Ishaka Yannick Agnero postawił w końcówce swój „stempel jakości”, marnując dobre dogranie Luisa Palmy, a później zaprzepaszczając szanse na gola, dobijając z ostrego kąta piętą.
To jednak w późniejszej fazie meczu. Najciekawiej na boisku było zaraz na początku. Piast Gliwice wyszedł na rywala z otwartą przyłbicą i mógł dość szybko uzyskać oczekiwane efekty. Blisko celu był najpierw Jakub Czerwiński po mini zapasach w polu karnym, a później Robert Gumny wyratował swoją drużynę w ostatniej chwili, interweniując wślizgiem. Nadeszły jednak minuty 10. i 13., które przyniosły dwa piękne gole autorstwa Lecha Poznań. Stratę Grzegorza Tomasiewicza niedaleko bramki Gliwiczan wykorzystał Ali Gholizadeh. Irańczyk przypomniał o tym, że lewą nogą potrafi wiązać krawaty, a także jest spostrzegawczy. Frantisek Plach był zbyt daleko od bramki i nie mógł skutecznie interweniować. Koledze zdobyczy pozazdrościł bardzo aktywny i dobrze grający Pablo Rodriguez, który wykorzystał wycofaną przed pole karne piłkę. Strzał bez przyjęcia okazał się precyzyjny i zaskakujący dla bramkarza rywali.
Po stronie gospodarzy wyróżniało się przede wszystkim dwóch strzelców, a także wspominany Gumny. Prawy obrońca prócz owej interwencji defensywnej miał udział przy golu Rodrigueza (przedłużył długie podanie od Bartosza Mrozka), dużo dawał z przodu, a także był bardzo pewny w obronie. Zwieńczyć udany występ mógł golem, ale jego uderzenie głową z niedużej odległości obronił bramkarz.
Piast wyglądał na bezradny
Od momentu objęcia prowadzenia Lech kontrolował to, co dzieje się na boisku. Dobra gra skutkowała spokojem, a zmiany personalne wniosły potrzebną jakość. Niels Frederiksen ma naprawdę wiele możliwości, bo nie każdy szkoleniowiec może wpuścić sobie z ławki Patrika Walemarka i Luisa Palmę. Żaden z panów gola zamykającego mecz nie zdobył, ale Szwed był bliski wywalczenia karnego. A raczej powinien go wywalczyć, tylko sędzia Wojciech Myć nie pokusił się o sprawdzenie sytuacji na monitorze, choć telewizyjne powtórki wyraźnie pokazywały, że kopnięcie w stopę miało miejsce.
Tak naprawdę Duńczyk nie mógł tylko zmienić bezproduktywnego, a czasem nawet przeszkadzającego Agnero, bo na ławce nie było żadnego nominalnego napastnika. Było to szczęście w nieszczęściu, bo przed końcem Iworyjczykowi udało się trafić do siatki po dośrodkowaniu Michała Gurgula.
Piast nie potrafił poważniej zagrozić prowadzeniu gospodarzy. Podopieczni Daniela Myśliwca potrafili tworzyć sobie szanse, oddawali strzały, ale wyglądali na bezradnych. Za każdym razem albo defensywa Lecha zachowywała czujność, a jeśli udało się przechytrzyć linię obrony, to w bramce dobrze interweniował Bartosz Mrozek.
Trzy minuty w pierwszej fazie meczu zadecydowały o tym, że to Lech Poznań może cieszyć się z wygranej. To trochę paradoks, że Poznaniacy wygrali 3:0, bo Lech zasłużył na takie zwycięstwo, a jednocześnie Piast nie grał tak źle, aby wracać do Gliwic z takim bagażem.
