Francja na szczycie grupy I. Wybitna solówka Dembélé!

Norwegia i Francja były już pewne awansu do fazy pucharowej. Zwycięstwa z Senegalem i Irakiem okazały się na to wystarczające. Pozostawała wciąż jednak jedna niewiadoma – kto wygra grupę I. A to istotne w kontekście rywala w 1/16. Na drugą drużynę czekało Wybrzeże Kości Słoniowej, a na zwycięzcę – zespół z 3. miejsc. W minimalnie korzystniejszej sytuacji byli podopieczni Didiera Deschampsa. Francuzi bowiem wygraliby grupę w przypadku remisu. To zasługa korzystniejszego bilansu bramkowego, wypracowanego m.in. w ostatnim meczu z Irakiem. Dla Norwegów to już jest całkiem udany turniej, ale brakowało im jeszcze jednej rzeczy – zwycięstwa z europejską drużyną na mundialu.

Francja zaczyna z przytupem

Zdecydowanym faworytem była Francja. Nie tylko dlatego, że kadrowo jest jedna z najmocniejszych na świecie. Na dodatek Ståle Solbakken zdecydował się na aż 10 zmian w wyjściowej jedenastce. Francuzi fantastycznie weszli w ten mecz i tylko szczęścia im zabrakło. Po zaledwie 20 sekundach gry Kylian Mbappé uderzył mocno, ale w poprzeczkę. Chwilę później równie dobrze uderzył Manu Koné i ponownie bez gola, tym razem za sprawą Egila Selvika. Ale golkiper Norwegii szybko skapitulował. W 7. minucie Mbappé posłał długie, przeszywające podanie do Ousmane Dembélé. Zdobywca Złotej Piłki zabawił się z obroną i uderzył celnie na dalszy słupek.

REKLAMA

To był bardzo jednostronny mecz. Norwegia nie miała w zasadzie żadnych argumentów i była kompletnie zdominowała. Trudno było jednak oczekiwać wyrównanego starcia, skoro Skandynawowie wyszli drugim garniturem. Chociaż w 14. minucie próbowali się odgryźć. Świetną okazję miał Jørgen Strand Larsen, po wrzutce Fredrika Aursnesa, ale pomylił się jedynie o centymetry. Tu na 0:1 nie mogło się skończyć. I już w 20. minucie było wiadomo, że tak się nie stanie. Dembélé dostał podanie, rozpędził się, zszedł do środka i huknął wręcz nie do obrony. Ale Norwegowie potrzebowali kilku sekund i raptem 3 podań, żeby złapać kontakt. Thelo Aasgaard przyjął piłkę, ograł obronę i ośmieszył bramkarza prostym strzałem. No to się rozstrzelali!

Dembélé z hat-trickiem!

Odkąd Norwegia otworzyła konto strzeleckie, jej gra w tym spotkaniu mocno się poprawiła. To nie była stłamszona drużyna pozbawiona argumentów. Potrafiła się odgryzać silniejszym, wychodzić spod pressingu i podchodzić pod jego bramkę. Nie była to gra, po której można było powiedzieć, że wyrównanie jest kwestią czasu, ale jak na eksperymentalny skład Norwegowie radzili sobie dobrze. Francuzi to widzieli i nie mieli zamiaru odpuszczać, a zwłaszcza Dembélé. W 32. minucie skrzydłowy PSG odnalazł w gąszczu obrońców miejsce na strzał, nieźle podkręcił i po raz trzeci na stadionie w Bostonie rozbrzmiało „One More Time” – hat-trick. Dembélé był wprost nie do zatrzymania!

Zespół z północnej Europy ani myślał jednak odpuszczać. Trzeba mu oddać, że nie brakowało tu zaangażowania i woli walki. Ale mimo to nie wystrzegali się prostych błędów w obronie, których szczęśliwie Francuzi nie wykorzystali. To wicemistrzowie świata bardziej bawili się grą i byli stroną przeważającą. Do końca pierwszej połowy nie wykrzesali z siebie na tyle dużo, by jeszcze podkręcić i tak już przekonujący wynik.

Na początku drugiej połowy to Norwegia zagrała lepiej, starała się spłatać faworytowi psikusa. I w 48. minucie pojawiła się doskonała okazja na ponowne złapanie kontaktu. Oscar Bobb padł w polu karnym po przewinieniu Theo Hernandeza. Jedenastka była oczywista, egzekwował ją Strand Larsen. Ale wykończenie? Tragiczne, beznadziejne, tak po prostu karnych się nie wykonuje. Zwłaszcza na mundialu. Szkoda tej szansy, to by jeszcze podgrzało atmosferę.

Francja wygrywa grupę

Niewykorzystane okazje lubią się mścić – to porzekadło zna zapewne już każdy. I na to się zanosiło po koncertowo zmarnowanym rzucie karnym przez Norwegów. Francuzi znowu dominowali, narzucali swoje warunki gry i nie zapowiadało się wcale na kontakt dla podopiecznych trenera Solbakkena. Raz za razem Francuzi przebijali się w okolice pola karnego i napędzali strachu rywalom. Norwegia miała przebłyski, jak w 72. minucie, kiedy to Bobb groźnie uderzył. Niekiedy nawet była stroną przeważającą. Inicjatywa przechodziła z rąk do rąk, nie było zespołu, który wyraźnie by przeważał cały czas. Ale Norwegów średnio to w sumie interesowało. Mieli awans? No mieli. Po co zatem przemęczać najlepszych przed fazą pucharową?

W końcówce meczu Francja wyraźnie zdjęła nogę z gazu. Starała się utrzymać korzystny wynik jak najmniejszym nakładem sił. Zdecydowanie wolniej zawodnicy rozgrywali piłkę między sobą. Norwegowie z kolei mieli pomysł na rywala. Potrafili coś sobie wykreować pod bramką. Brakowało im tylko tego kata, który byłby w stanie to skutecznie wykończyć. Erling Haaland będzie jednak bardziej potrzebny kolegom dopiero we wtorek. A ostatecznie zwycięstwo przypieczętował Désiré Doué, po niezłym strzale głową.

Wiadomo, to mistrzostwa świata, tu nie ma meczów bez historii. Nie zmienia to faktu, że nie będzie to spotkanie wspominane przez długie lata, a w szczególności nad Sekwaną. Francja zagrała tak, jak od niej oczekiwano i wyszło jej to bardzo dobrze. Po raz kolejny pokazali, że nie bez powodu jest wymieniana w ścisłym gronie faworytów. Niemniej nie rzucli na kolana, zagrali bardzo ekonomicznie. Podobnie jak Norwegia zresztą. To jest turniej – tu nie trzeba wyłącznie dobrze grać, ale też mądrze zarządzać siłami. Choć Norwegowie nie pokazali dziś za wiele, to zupełnie innego zespołu powinniśmy się spodziewać w starciu z Wybrzeżem Kości Słoniowej.

Norwegia – Francja 1:4 (Aasgaard 21′ – Dembélé 7′, 20′, 32′, Doué 90’+4)

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    Droga na Mundial - książka Mistrzów Polski

    48 reprezentacji. 48 historii. 300 stron autorskich analiz, felietonów i anegdot.

    Przeczytaj o naszej książce →

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ