Taki grad goli w każdym innym meczu Pogoni Szczecin niż ten byłby zaskakujący. Jednak skoro grała ona z Radomiakiem Radom Johna Carvera, to należało spodziewać się tego scenariusza. Obie ekipy stworzyły widowisko, w którym defensywa zeszła na dalszy plan, by akcenty ofensywne mogły wyraźnie się ujawnić. Niestety pozytywne odczucia przyćmiła brzydka końcówka, która upłynęła pod znakiem sprzeczki między drużynami. Punktem zapalnym było idiotyczne zachowanie Ibrahimy Camary.
Szaleństwo przy Karłowicza
Niby w pierwszych minutach wszystko się w grze Pogoni zgadzało. Wyszła na boisko zaangażowana, operując na wysokiej intensywności i grając swobodnie. Układała sobie rywala pod siebie. A jednak straciła gola, który był konsekwencją pewnej dozy pecha. Attila Szalai przecież wygrał pojedynek główkowy po długim wznowieniu przez Filipa Majchrowicza. Trafił natomiast w plecy Patryka Dziczka, z czego skorzystali goście, natychmiast uruchamiając Jana Grzesika. W polu karnym nie popisał się chwalony za ostatnie mecze Benjamin Mendy, bo sprowokował karnego. Z takiej okazji na otwarcie wyniku skorzystał Roberto Alves.
Po strzeleniu bramki Radomianie kompletnie zmienili podejście. Poczuli się pewniej, więc zaczęli mocniej atakować. Niezłą szansę miał Grzesik, a niepozorny strzał Luiza z ostrego kąta zmusił Valentina Cojocaru do interwencji. Ale jak na ironię następny cios należał do gospodarzy. Bezpośredni wrzut z autu w szesnastkę rywala został jeszcze oddalon, ale ponowienie Macieja Wojciechowskiego przyniosło rezultat. Darko Churlinov zgrał piłkę do Dimitriosa Keramitsisa, który wyrównał wynik. Bliski przecięcia podania Macedończyka był Conrado, lecz futbolówka przelała mu się po stopie.
Na szczęście Radomiak miał Grzesika i Alvesa. Oczywiście to nie tak, że oni odwalali całą robotę, ale byli kluczowi dla losów akcji, która miała miejsce 8 minut po trafieniu na 1:1. Pierwsza centra skrzydłowego została oddalona przez szczecińską defensywę, ale zbiórkę zaliczył Szwajcar. Pomocnik zaraz podał do Grzesika, a ten raz jeszcze dośrodkował. Ponownie obrońcy wybili piłkę, ale tym razem dopadł do niej Christos Donis. Grek po prostu walnął z woleja i umieścił ją tuż przy słupku.
Portowcy znów musieli gonić, ale poza strzałem z dystansu Paula Mukairu oraz groźniejszej, ale niecelnej główce Keramitsisa niewiele potrafili stworzyć. Ciekawie prezentowały się ich próby gry za linię obrony przeciwnika, lecz albo dobrze interweniowali zawodnicy z Radomia, albo plany krzyżowały spalone. Gol do szatni jednak padł. Szczecinianie zamknęli w końcówce gości poprzez stałe fragmenty gry. Jeden z kolejnych wrzutów z autu wreszcie zakończył się dobrze dla gospodarzy. Do bezpańskiej piłki dopadł bowiem Alessandro Pio Riccio, który dał remis 2:2.
Pogoń Szczecin i Radomiak Radom dalej wariowały
Zazwyczaj w futbolu jest tak, że w meczu dobra jest tylko jedna połowa. Tymczasem start drugiej części dzisiejszego spotkania zasugerował nam, że po przerwie dalej może się dziać. Świetny początek zaliczyła ekipa Oscara Garcii, który popisał się nosem trenerskim. Wprowadzony przez niego Kamil Grosicki już po czterech minutach spędzonych w grze cieszył się z trafienia. Skrzydłowy uderzył na tyle mocno z dystansu, że przełamał ręce Filipa Majchrowicza.
Przyczyną bramki była strata Luiza na rzecz Patryka Dziczka. Niedługo później Radomiak znów miał problem z utrzymaniem się przy piłce. Gospodarze przycisnęli w bocznej strefie, niecelnie podawał Donis i Portowcy ruszyli z akcją. Trójkowy atak Churlinova, Jordiego Sancheza i Grosickiego wykończył ostatni z nich.
Po 10 minutach Szczecinianie mieli wynik, toteż cofnęli się. Chcieli wykorzystywać fazy przejściowe, a dobrą organizacją gry nie pozwalać się podnieść rywalowi. Warchoły próbowały, ale w szesnastce i pod nią przegrywały pojedynki. Wystarczył jednak jeden błąd w postaci straty Mukairu, by podać Radomianom tlen. Ci poszli z kontrą. Podanie prostopadłe Luquinhasa do Fernanda Goure, zgranie do Grzesika i przyjezdni złapali kontakt.
Goście nieustannie szarpali. Niemal nawet wyszarpali korzystny wynik. Bohaterem mógł okazać się Goure, który zdobył gola, ale pozycję wypracował sobie stemplem na Keramitsisie. VAR anulował trafienie. W międzyczasie doszło do nieprzyjemnych obrazków, psujących cały obraz kapitalnego partidazo. Ibrahimie Camarze całkiem odcięło prąd, gdy w podczas przerwy w grze wleciał w nogę chcącego wziąć piłkę Riccio. Tę sytuację sędzia Bartosz Frankowski również obejrzał i po weryfikacji wlepił pomocnikowi czerwoną kartkę. Następnie do spięcia doszło przy ławkach trenerskich, co mocno opóźniło wznowienie spotkania.
Przez to do drugiej połowy doliczono aż 12 minut. Przyjezdni mieli nieco czasu, aby wyrównać raz jeszcze, ale przepisowo. Zespół ze Szczecina niezupełnie kontrolował wydarzenia, ale nie pozwolił też na oblężenie własnej bramki. Wytrzymał pod presją i wygrał w Ekstraklasie piąty mecz z rzędu.


