Robert Kolendowicz przejął stery Korony Kielce, a jego pierwszym przeciwnikiem był GKS Katowice. Jego byłemu pracodawcy udało się zatrzymać ostatnio ekipę Rafała Góraka, więc przy Ściegiennego liczono na pójście śladem Pogoni Szczecin. Bez Xaviera Dziekońskiego i Camilo Meny trzech punktów nie dałoby się osiągnąć.
Korona wyszła bardzo zmotywowana na boisko i udało jej się szybko przejąć inicjatywę. Michael Ameyaw już na początku przetestował Gabriela Kobylaka strzałem z dalszej odległości tak, że bramkarz gości musiał przenosić piłkę nad poprzeczką. Bardzo dobrze grający wyżej Martin Remacle zgrywał piłki do boku, przez co Kielczanie często utrzymywali piłkę pod polem karnym rywali.
Korona Kielce i bohaterów dwóch
Podobnie niewiele brakło, aby Mariusz Stępiński dosięgnął piłkę wślizgiem, gdy belgijski pomocnik wgrywał ją w poprzek pola karnego. GKS nie miał problemu z przedostaniem się pod pole karne Xaviera Dziekońskiego – brakowało mu zdecydowania i decyzji o strzale. Wszystko było za wolne, nawet wejścia od boku nie miały potrzebnego tempa. Jedyną poważną sytuację (bo anemicznego strzału Kacpra Łukasiaka za takową nie liczymy) był rzut karny. Faulował Wiktor Długosz, lecz okazało się, że ma on oparcie w swoim bramkarzu. Bartosz Nowak dobrze uderzył w okolice słupka, natomiast Dziekoński w kapitalny sposób się rzucił i odbił strzał pomocnika.
Wtórował mu także Kobylak, który parę minut później świetnie zapobiegł utracie bramki po główce Stępińskiego. Dobitka Camilo Meny zatrzymała się natomiast na blokującym Lukasie Klemenzie. Mecz opierał się na pojedynkach fizycznych w środkowej części boiska oraz blisko lini bocznych. Każde próby uzyskania przewagi i przejęcia inicjatywy kończyły się fiaskiem – po prostu starcie było wyrównane. Druga połowa była tego najlepszym przykładem. Oglądaliśmy dużo walki, dużo prób i równie dużo niezdecydowania. Brakowało też sytuacji. Impas przerwała Korona – Długosz zagrał na wolne pole do Meny, ten już w polu karnym przełożył sobie Pau Restę i piłkę do lewej nogi, a na koniec sfinalizował całość zabójczo skutecznym strzałem.
Korona osiągnęła prowadzenie i miała przed sobą jedno zadanie – nie wypuścić go z rąk. Nie było jednak skupiana się na defensywie. Kontrolowanie wyniku odbywało się poprzez pilnowanie, aby piłka nie zbliżała się do bramki Dziekońskiego. Ciągłe wywieranie presji się opłacało, a dwukrotnie do ratunkowej interwencji zmuszony był Kobylak. W doliczonym czasie Adam Zrelak mógł rzutem na taśmę doprowadzić do remisu. Słowak sięgnął piłkę zagraną przez Mateusza Wdowiaka, lecz to on wjechał do bramki. Piłka minęła zaś słupek.
Czy coś możemy konkretnego napisać po debiucie trenera Kolendowicza? Za krótki okres chyba, żeby wyciągać jakieś daleko idące wnioski. Ani system gry, ani taktyka nie uległy zmianie. Zaskakujących ruchów kadrowych też nie zaobserwowaliśmy.


