Szmyt i Sow dali radość. Jagiellonia Białystok wygrała ze Śląskiem Wrocław

Długo na wyjazdowych wojażach była Jagiellonia Białystok, która od meczu z Iberią Tbilisi 20 sierpnia zwiedziła właśnie stolicę Gruzji, Częstochowę oraz Poznań w przeciągu tygodnia. Mecz ze Śląskiem Wrocław przyciągnął ją jednak z powrotem na Podlasie. Kibice musieli na swoich ulubieńców trochę poczekać, ale zostali za to cierpienie wynagrodzeni.

„I znowu przy Słonecznej mecz, i znowu śpiewać mi się chce”. Ta przyśpiewka ultrasów z Białegostoku pasowała do tego meczu jak ulał. A jak kibicom chciało się śpiewać, to i zawodnikom chciało się grac. A przynajmniej tak wyglądali podopieczni Adriana Siemieńca. W spotkanie weszli z werwą, jakby od pierwszej minuty chcieli pokazać Śląskowi Wrocław, że może z powrotem pakować się do autokaru. Nik Prelec biegał od jednego obrońcy do drugiego, zaś w środku pola pracowały mrówki robotnice. Druga linia gości dziurawiona była podaniami zdobywającymi teren, a adresatem najczęściej był rosły Słoweniec. Prelec nie wpisał się jednak do protokołu ani jako podający, ani jako strzelający. Po jednym z rzutów rożnych całym sobą o piłkę powalczył Sergio Lozano, podał na wolne pole do pędzącego Kajetana Szmyta, zaś skrzydłowy popisał się niezwykle spokojnym wykończeniem nad interweniującym Karolem Niemczyckim.

Dziewiątka Jagi mogła szybko poprawić, lecz z bliska nie zdołała trafić między białe słupki – piłka przeszła tuż obok. W grze Słoweńca w oczy rzucało się forsowanie lewej nogi, przez co obrona Śląska szybko znalazła sposób na pacyfikację zagrożenia. Atak zaś postanowił sprawdzić, czy Sławomir Abramowicz żyje w bramce. Najpierw spróbował Alex Timossi Andersson, później – trochę groźniej – Malaly Dembele. Polski golkiper jednak wciąż jest na fali wznoszącej i dobijał wszystkie lecące w jego stronę strzały. Przed przerwą jednak Białostoczanie zdołali uspokoić sobie nieco grę. Anders Klynge huknął w poprzeczkę, lecz niedługo później metalowy pręt był już po stronie Ousmane Sowa. Francuz zszedł na lewą nogę, bujnął obrońcę i posłał strzał od słupka. Niemczycki stał jak wryty.

Jagiellonia najpierw kontrolowała, ale końcówka była nerwowa

Po przerwie korzystny wynik dawał Jagiellonii niezwykły komfort w grze. Śląsk zmieniał, Śląsk szukał rozwiązania, lecz wszystko na próżno. Nasza drużyna eksportowa miała pełną kontrolę nad wszystkim, co dzieje się na boisku. W pewnym momencie z Wrocławian zaczęła się wylewać frustracja, co objawiało się ostrzejszym graniem i paroma nieciekawie wyglądającymi faulami. Na ponowny (który to już? Trzeci?) powrót szansę dostał Bartłomiej Wdowik. Na boisku pojawił się też Jesus Imaz. Śląsk został podłączony do prądu przez faul na Yehorze Matsence. Piotr Samiec-Talar oczywiście wykorzystał jedenastkę, a Wrocławianie mieli nieco ponad dziesięć minut na próbę dogonienia rywala. Najlepszy zawodnik ekipy gości nie skończył jednak meczu po tym, jak Guilherme Montoia uszkodził mu nadgarstek w jednym ze starć. Tym razem bohaterem mógł zostać Jeronimo Semedo, lecz Abramowicz pokazał klasę. Jagiellonia grała głównie na uwolnienie. Gola nie straciła, a to dla niej najważniejsze.

Jagiellonia Białystok – Śląsk Wrocław 2:1 (Szmyt 19′, Sow 41′ – Piotr Samiec-Talar k. 81)

Podobne

spot_img
spot_imgspot_img