Niemcy zaczynają od demolki. Curaçao ma jednak powód do dumy

Tegoroczny mundial jest bez cienia wątpliwości wyjątkowy. W Houston spotkały się dwie reprezentacje, z innym podejściem do ich starcia. Dla jednych to mecz jest każdy inny, lecz z wyczuwalną presją wygrania go jak najwyżej się da. Dla drugich to przygoda życia, świetna zabawa i wspomnienia, które zostaną w pamięci na zawsze. Niemcy i Curaçao to reprezentacje z dwóch różnych światów, jeśli chodzi o poziom, i faworyt był doskonale znany. To spotkanie pełne kontrastów. Światowa potęga kontra karaibska wysepka, ludnościowo mniejsza od Rzeszowa. Najmłodszy kontra najstarszy selekcjoner mundialu. Dla Curaçao to wiekopomne wydarzenie, gdzie nic nie muszą, bo już są bohaterami. Dla Niemiec 3 punkty to obowiązek, aby odlecieć z fazy grupowej, bez komunikatu na starcie „Houston, mamy problem”.

Brawo Curaçao, historia pisze się na naszych oczach!

Zgodnie z oczekiwaniami Niemcy przycisnęli przeciwnika, ale bez wyczuwalnej nonszalancji. Curaçao już na samym początku cofnęło się na swoją połowę i całym zespołem strzegło dostępu do bramki. Na niewiele to się zdało podopiecznym Dicka Advocaata, bo już w 6. minucie Die Mannschaft rozpoczęło strzelanie. Felix Nmecha i Florian Wirtz wymienili podania między sobą, ten pierwszy dość niespodziewanie uderzył. Zaskoczył tym samego bramkarza, który nic na to nie mógł poradzić. Trzeba też oddać, że strzał był trudny i niejeden golkiper także by skapitulował.

REKLAMA

Jedną bramką nasi zachodni sąsiedzi nawet nie myśleli się zadowalać. Niemcy poczuli krew i nabrali tempa na połowie przeciwnika. Podwyższenie prowadzenia wydawało się kwestią czasu. Nmecha miał pęd na bramkę, atakował raz za razem, ale nie tylko on. Całemu zespołowi z lekkością przychodziło kreowanie szans bramkowych. Niemcy nie lekceważyli przeciwnika i korzystali z tej różnicy klas. Ale Curaçao potrafiło ukąsić. Po 20 minutach gry wygrzebali się z własnej połowy. Najpierw strzał daleko w trybuny, ale w 21. minucie ta wyspa eksplodowała z radości. Livano Comenencia skorzystał z niezdarności Niemców w obronie i uznał, że nie ma nic do stracenia. Uderzył, ograł wielkiego Manuela Neuera i został bohaterem narodowym na zawsze. Piękna historia, pewnie nie jednemu się łezka w oku zakręciła. Scenariusz na film podany jak na tacy!

Strata gola wypadkiem przy pracy

Takie Curaçao naprawdę mogło się podobać. Podopieczni Dicka Advocaata grali bez kompleksów i z uśmiechem na twarzy. A Niemcom zdecydowanie zrobiło się dużo cieplej, jakby w Teksasie nie było dostatecznie gorąco. Zespół pod wodzą Juliana Nagelsmanna ponownie objął inicjatywę i naciskał, bo taki wynik to dla nich wstyd. Gubili się jednak w szestnastce przeciwnika. Choć nie na tyle, żeby nie wrócić na prowadzenie do przerwy. W 38. minucie Nathaniel Brown egzekwował rzut rożny, wrzucił piłkę w pole karne. Do niej doskoczył Nico Schlotterbeck i obrońca Borussii Dortmund zmniejszył prawdopodobieństwo kompromitacji. Przewaga naszych zachodnich sąsiadów była miażdżąca, ale wskórali coś więcej dopiero dzięki rzutowi karnemu, po faulu Riechedly’ego Bazoera. Pewnie tę szansę wykorzystał Kai Havertz.

Tuż po przerwie Niemcy wiedzieli, że tego już z rąk nie wypuszczą. Niemal równo z gwizdkiem ruszyli do ataku w poszukiwaniu gola. W 47. minucie do siatki trafił Jamal Musiala, wykorzystując dobre podanie prostopadłe Joshui Kimmicha. Kibice zza Odry z pewnością odetchnęli z ulgą, bowiem to sztuka roztrwonić taką przewagę. Teraz pozostawało pytanie, jaki rozmiar kary zostanie wymierzony wyspiarzom. Oni wiedzieli raczej, jaki los ich spotka, ale mimo to mieli zamiar grać do samego końca. Niemcy podobnie, ciągle szukali kolejnych okazji na podwyższenie prowadzenia.

Teksańska masakra piłą mechaniczną

Curaçao oddało niemal 4 razy mniej strzałów od Niemiec. Czasami potrafiło zagrozić, tak jak przy główce Leandro Bacuny, ale bez szału. Na stadionie w Houston zrobiło się dość monotonnie. Niemcy klepali piłkę między sobą na połowie rywala. Można by było napisać, że trafienie Nathaniela Browna rozbudziło znużonych kibiców, ale to mundial, nie Ekstraklasa – na tych meczach po prostu się nie przysypia. Pochwalić przy tej akcji należy także Wirtza, który ładnie asystował. Zwycięzca był już znany, ale dlaczego by nie podkręcić wyniku? A w 76. minucie tę przewagę chciał zmniejszyć Jearl Margaritha, ale nad poprzeczką, dzięki Neuerowi. Wkrótce potem odpowiedział Deniz Undav, tym razem dużo skuteczniej i co ważne, celnie. W 88. minucie wyspiarzy dobił jeszcze Havertz po raz drugi. Nokaut.

Cóż, takiego wyniku należało się w sumie spodziewać. Kiedy mierzy się tak silny zespół z absolutnym kopciuszkiem, to trudno spodziewać się cudów. Niemcy zrobili to, co do nich należało, i szło im to bardzo efektownie. Grali dobrze całym zespołem, trudno wyróżnić tu jednego bohatera tej reprezentacji. Ale ich rywale nie zeszli z boiska ze spuszczonymi głowami. Wprost przeciwnie, postawili się czterokrotnemu mistrzowi świata. Strzelili mu gola na wyrównanie i postraszyli te wielkie Niemcy. Curaçao już napisało piękną historię i dało swoim ludziom powód do ogromnej radości. A Livano Comenencia na zawsze pozostanie lokalnym bohaterem.

Niemcy – Curaçao 7:1 (Nmecha 6′, Schlotterbeck 38′, Havertz 45’+5, 88′ Musiala 47′, Brown 68′, Undav 78′ – Comenencia 21′)

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    Droga na Mundial - książka Mistrzów Polski

    48 reprezentacji. 48 historii. 300 stron autorskich analiz, felietonów i anegdot.

    Przeczytaj o naszej książce →

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ