Co porażka z Fiorentiną mówi o Jagiellonii?

Jagiellonia nie miała szczęścia w losowaniu Ligi Konferencji. Już w 1/16 finału trafiła na Fiorentinę. Choć włoski zespół w obecnym sezonie walczy o utrzymanie w Serie A to nie ma wątpliwości, że kadrowo są jedną z najmocniejszych drużyn w tej edycji europejskich rozgrywek trzeciego szczebla, a ich historia w Lidze Konferencji (dwa finały i jeden półfinał) mówi sama za siebie. Porażka 0:3 Jagiellonii brutalnie pozbawiła kibiców jakichkolwiek nadziei przed rewanżem na Stadio Artemio Franchi, ale nie może specjalnie dziwić.

Doświadczenie i jakość indywidualna

Po meczu standardowo o podsumowanie spotkania został zapytany Adrian Siemieniec, który podzielił się ciekawym spostrzeżeniem. – Mam taki ogólny wniosek, że gdybyśmy wycięli bramki, to trudno byłoby uwierzyć, że ten mecz zakończył się wynikiem 0:3 – powiedział trener Jagiellonii przed kamerami Polsatu Sport. Rzeczywiście z obrazu całego meczu można byłoby wyciągnąć podobny wniosek. Różnica trzech goli sugeruje już deklasację, ale na Chorten Arenie w Białymstoku nic takiego nie miało miejsca. Optycznie można było odnieść wrażenie, że jest to wyrównane spotkanie. Jagiellonia miała lepsze i gorsze momenty. Zdarzało się, iż przyjezdni zyskiwali przewagę, ale całościowo daleko było im do osiągnięcia dominacji. Owszem, Fiorentina była lepsza, ale nieznacznie.

REKLAMA

Co więc zadecydowało o takim, a nie innym rezultacie? Wskazalibyśmy na dwie rzeczy – jakość indywidualną oraz doświadczenie z gry w europejskich pucharach. Drugi gol dla Włochów padł po znakomitym uderzeniu z rzutu wolnego Rolando Mandragory w momencie, gdy to Jagiellonia miała dobry okres, więc był on bardzo ważny dla przebiegu spotkania. Doświadczenie objawiało się w niepopełnaniu kosztownych błędów, których nie uniknął zespół Adriana Siemieńca. Trzeci gol dla Fiorentiny to efekt fatalnego zachowania się w polu karnych Dawida Drachala, który podarował gościom rzut karny. Przy pierwszym można natomiast odnieść się do organizacji w defensywie całego zespołu podczas stałego fragmentu gry.

Jakość indywidualna w ofensywie Violi oraz ich doświadczenie w fazie bronienia potwierdzają liczby. Mimo że Jaga miała prawie trzy razy więcej podań na połowie przeciwnika (281 do 97) oraz więcej kontaktów z piłką w polu karnym (35 do 25) to znacznie lepsze szanse wykreowała sobie ekipa z Serie A. – Fiorentina nas wypunktowała i poprzez swoją jakość indywidualną wykorzystała swoje momenty. Fantastycznie wycisnęła maksimum z tego meczu, jeżeli chodzi o wynik końcowy, czego im oczywiście gratuluję – wskazywał Adrian Siemieniec.

Jagiellonia grała cierpliwie

Po pierwszej połowie można było odnieść wrażenie, że korzystny wynik przed rewanżem jest do ugrania dla Jagiellonii, głównie ze względu na fakt, iż białostoczanie nie dopuszczali przeciwników do wielu okazji. Wynikało to jednak przede wszystkim z podejścia obu zepsołów do tego spotkania. Jagiellonia w rozegraniu akcji była bardzo cierpliwa i posiadanie piłki traktowała bardziej jako broń defensywną niż ofensywną, natomiast Fiorentina była bardzo cierpliwa w sposobie bronienia. Zespół Paolo Vanoliego akceptował sytuację, gdy to gospodarze byli przy futbolówce. Rzadko szli do wysokiego pressingu, a utrudniali rywalom progresję piłki w tercję ataku. Duma Podlasia według raportu pomeczowego na portalu Fotmob – pierwszą połowę zakończyła z 71%-owym posiadaniem piłki, natomiast 58% podań wymienili na własnej połowie. W grze Jagiellonii było widać plan, aby wyciągnąć rywala wyżej i stworzyć przestrzeń między liniami dla Jesusa Imaza i Bartosza Mazurka, ale z trudem przychodziło im ominięcie pierwszej formacji bloku defensywnego rywali.

Dużym osłabieniem dla Jagiellonii były absencje dwóch kluczowych piłkarzy pauzujących za żółte kartki – Tarasa Romanczuka oraz Afimico Pululu. Jako defensywny pomocnik zagrał Leon Flach i do Niemca nie można mieć większych pretensji o ten występ, ponieważ oferował się do gry, podawał dokładnie i dawał stabilizację w defensywie. Zespół zdecydowanie bardziej odczuł brak Afimico Pululu, w którego buty nie potrafił wczoraj wejść Samed Bazdar. Bośniak przede wszystkim nie był w stanie utrzymywać piłki z rywalami na plecach, grając tyłem do bramki, co Pululu robi na topowym poziomie w skali Ekstraklasy i bardzo dobrym w skali Ligi Konferencji. Przez to ataki Jagi nie mogły się rozwinąć i najczęściej były kierowane w boczne sektory. Sam Adrian Siemieniec przyznał, że jego zespół tworzył zbyt mało zagrożenia pod bramką przeciwnika. Mimo 11 strzałów ich współczynnik goli oczekiwanych (xG) wyniósł tylko 0,73 xG.

Kosztowna zmiana podejścia

Obraz meczu zaczął zmieniać się stopniowo poprzez coraz bardziej aktywną postawę Fiorentiny w grze bez piłki. Gracze Paolo Vanoliego poczuli, że mogą zagrać bardziej odważnie i na drugą połowę wyszli z innym nastawieniem, co przyniosło im trafienie do siatki w 53. minucie. Adrian Siemieniec nie chciał jechać za tydzień do Włoch na debecie, więc podjął ryzyko. Jagiellonia zdecydowała się na bardziej otwartą grę i zaczęło pojawiać się więcej sytuacji. Przez 53 minuty przy stanie remisowym gospodarze oddali tylko 1 strzał. Będąc natomiast na pozycji przegrywającego 10-krotnie uderzali na bramkę rywali (ale ani razu celnie).

Niemniej jednak, te 40 minut, podczas których półfinalista poprzedniej edycji Ligi Konferencji zdobył dwa kolejne gole dały nam odpowiedź dlaczego Adrian Siemieniec rozpoczął mecz z tak ostrożnym podejściem w fazie posiadania piłki. – W drugiej połowie po straconej bramce czuć było, że przyspieszyliśmy, tylko jeśli grasz z takim przeciwnikiem i masz momenty przewagi, ale nie strzelasz gola i nie ustawiasz sobie meczu, to nie możesz liczyć na to, że rywal nie stworzy sobie sytuacji bramkowych – zaznaczał 34-letni trener w pomeczowym wywiadzie dla stacji telewizyjnej Polsat Sport.

Choć piłkarze Jagiellonii w trakcie meczu długimi fragmentami mogli mieć poczucie, że dystans dzielący ich od drużyny z Serie A wcale nie jest tak duży to finalnie wynik spotkania z Fiorentiną sugeruje, że było to bolesne zderzenie z wielką piłką. Czwartkowy wieczór przy Słonecznej pokazał, że konkurowanie z zespołami z top 5 lig Europy, które regularnie grają w rozgrywkach międzynarodowych – nawet jeśli znajdują się obecnie w dołku – jest bardzo trudne ze względu na jakość kadry (nawet jeśli grali bez Dodo, Moise Keana i Alberta Gudmundssona, którzy w obecnym sezonie Serie A regularnie grają w podstawowym składzie) oraz doświadczenie z potyczek w europejskich pucharach jakie mają te kluby.

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    144,420FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ